mobile
REKLAMA

O sprawach niewyjaśnionych

Jak wygląda praca policjantów z „archiwum X”, którzy próbują rozwikłać sprawy przed lat? M.in. o tym opowiadała reporterka Iza Michalewicz na spotkaniu autorskim w Faktycznym Domu Kultury.

Adam Kutryba
O sprawach niewyjaśnionych

„Zbrodnie prawie doskonałe” to po części opowieść o mężczyznach, którzy pracują  w policyjnych archiwach. Rozbierają na czynniki pierwsze nierozwiązane od lat sprawy. Co prawda kobiety również zmagają się z dawnymi sprawami, lecz nie jest to zjawisko często spotykane. Autorka książki Iza Michalewicz, pisząc swój reportaż, nie poznała żadnej przedstawicielki płci pięknej, wykonującej tą pracę. Mimo to „Zbrodnie prawie doskonałe” to coś więcej niż opis walki przedstawicieli jednej płci o sprawiedliwość. To przede wszystkim książka o tym jak umiera człowiek i człowieczeństwo. Autorka przytacza często przerażające sprawy np. „skóry” z Krakowa, czy dziwne „samobójstwo” młodej dziewczyny w Skierniewicach, których sprawcy mimo upływu lat pozostają nieuchwytni.

- To nie jest książka na faktach. Tu nie ma ani jednego słowa, postaci czy wydarzenia, które zostałoby przeze mnie wymyślone. Ja się bardzo ściśle trzymam się faktu - podkreślała autorka - (...) Jeżeli wydawcy nazywają coś „opartym na faktach” to już nie jest to „true crime”, czyli takim amerykańskim sznytem pisania prawdziwych historii, o prawdziwych zbrodniach, a nie jedynie opartej o prawdziwe zdarzenia fikcji.

W pracy nad książką twardy orzech do zgryzienia stanowiło dla Michalewicz skontaktowanie się z policjantami, bezpośrednio zaangażowanymi w archiwalne śledztwa. Wcześniej spotykani przez nich dziennikarze często zrażali  ich do mediów. Czy w związku z tym reporterce Newsweeka ciężko było zdobyć ich zaufanie?

- Nie było to łatwe przede wszystkim ze względu na to, że „archiwa X"  są w wielu wypadkach niejawną częścią komend wojewódzkich. W związku z tym trzeba było zrobić tzw. dogłębny research. Trudne było w ogóle nawiązanie kontaktu z tymi policjantami, dlatego, że oni wbrew pozorom mieli już kontakt z mediami, ale zazwyczaj z lokalnymi. Media lokalne, jak zresztą każde media, które pracują szybko, są obarczone pewnym ryzykiem błędu, nierzetelności, pośpiechu. Tak bywało też i w tych wypadkach. Gdy policjant wypowiadał się dla gazety, to zawsze miał pretensje o to, że jego wypowiedź została w pewien sposób zmanipulowana, poprzekręcana. Pisząc tę książkę faktycznie natknęłam się na masę błędów powielanych przez  kolejne media, bo wiadomo, że ktoś napisze tekst po czym następna osoba robi „Ctrl+C, Ctrl+V, nowy tekścik będę miał”.

Jak zatem widać, w pracy nad reportażem kluczowe są staranność i brak pośpiechu, co niestety nie jest powszechne w polskim dziennikarstwie. W Polsce nie ma tak naprawdę pola do regularnego wydawania wnikliwych artykułów. Dość powiedzieć, że na krajowym rynku nie ukazuje się żaden miesięcznik który publikowałby ambitne reportaże, których napisanie wymaga czasu. Dziennikarze chcący dogłębnie analizować ważne wydarzenia, zmuszeni są w praktyce na pisanie książek i liczenie na pomoc wydawnictw. Michalewicz przy tworzeniu „Zbrodni prawie doskonałych” udało się uzyskać takie wsparcie, przez co według Magdaleny Rigmonti, prowadzącej spotkanie autorskie, reporterka była wręcz błogosławiona. Sama pisarka jednak zdecydowanie temu poglądowi oponowała.

- No właśnie wcale nie jestem błogosławiona, bo po drodze straciłam pracę w Gazecie Wyborczej w zwolnieniach grupowych. Wiadomo, że reporter, który pisze mniej jest pewnie pierwszy do odstrzału. Taka praca jak ta wymagała ode mnie bardzo dużo koncentracji na każdej kolejnej sprawie. Natomiast oczywiście, gdybyśmy jako reporterzy mieli taki cudowny komfort, że nasz reportaż idzie bezpośrednio do wydawnictwa i wydawnictwo płaci za to odpowiednie pieniądze, żebyśmy mieli czas na to, żeby pracować nad takimi sprawami, to z całą pewnością byłoby takich wnikliwych książek dużo więcej – mówiła Michalewicz.

Brak czasu, zwolnienie z dziennika, czy nawet ogólnie finanse nie były jednak największym zmartwieniem autorki przy tworzeniu książki. Problemem okazała się konieczność zagłębienia w sprawy przed lat, konieczne na potrzeby rzetelnego reportażu. Michalewicz musiała wejść w buty ludzi zarówno analizujących zbrodnie, tj. policjantów, czy prokuratorów, jak i ludzi bezpośrednio dotkniętych tragedią. Spotykała się z matkami i ojcami zniszczonymi przez przebyte doświadczenia. Poczucie beznadziejności i żal związany z niektórymi kartami z policyjnego „archiwum X" przytłoczył autorkę, która miała problemy m.in. ze snem. Próbowała zaradzić temu udając się na terapie, lecz próby rozmów z psychiatrami nie przynosiły korzyści. Kończyły się zazwyczaj prośbą o wypisanie leku na sen lub depresję.

O tym jak mocno Michalewicz identyfikowała się z opisywanymi przez siebie ludźmi świadczy sytuacja, w której przeprowadzała wywiad z rodzicami chłopca, który podpalał samochody w Warszawie. Dowiedziała się od nich, że zażywają leki na zasypianie, które przyjmuje także ona. Teraz Michalewicz próbuje „pożegnać” się z historiami omawianymi w książce. Za najlepszą terapię uznaje rozmowę, dlatego bardzo zależy jej m.in. na osobistych kontaktach z czytelnikami i opowiadaniu swoich historii, przez co ma okazję się z nimi oswajać. Dzięki temu można zaryzykować stwierdzenie, że ze spotkania w Faktycznym Domu Kultury skorzystali nie tylko czytelnicy.

Adam Kutryba

KOMENTARZE

aktualności

REKLAMA
więcej z działu aktualności
REKLAMA

sport

więcej z działu sport

kultura i rozrywka

więcej z działu kultura i rozrywka

Drogi i Komunikacja

więcej z działu Drogi i Komunikacja

KONKURSY

więcej z działu KONKURSY

Sponsorowane

więcej z działu Sponsorowane

kulinaria

więcej z działu kulinaria

Zdrowie Kobieta Dziecko

więcej z działu Zdrowie Kobieta Dziecko