mobile
REKLAMA

Ostatni raz na Bemowie. 32 punkty Collinsa nie wystarczyły.

Legia w swoim ostatnim meczu sezonu w roli gospodarza nie sprostała Rosie Radom, przegrywając 89:98.

Adam Kutryba
Ostatni raz na Bemowie. 32 punkty Collinsa nie wystarczyły.

Po serii udanych spotkań, w których Legia podejmowała rękawice w walce z dużo wyżej notowanymi rywalami, przyszedł czas na kolejnego przeciwnika z górnej półki. Tym razem na Bemowo przyjechała drużyna Rosy Radom. Legioniści mieli o tyle utrudnione zadanie, że z powodu kontuzji na parkiecie nie mógł pojawić się ich najlepszy gracz, Anthony Beane.

Legia imponująco rozpoczęła spotkanie. Hunter Mickelson wyróżnial się w strefie podkoszowej i na półdystansie. W końcu można było chwalić też Polaków. Szansę na zrealizowanie akcji 2+1 wywalczyli sobie Adam Linowski i Michał Kołodziej. Ten drugi zapisał na swoim koncie aż 8 punktów w pierwszej kwarcie. Legia grała naprawdę nieźle i potrafiła walecznością zniwelować teoretyczną przewagę gości na każdej pozycji. Rosa trzymała się jednak kurczowo, głównie dzięki trafieniom trzypunktowym. Dwa razy z rzędu z dystansu skuteczny był Filip Zegzuła. Efektownie grał też Igor Zajcev, który najpierw zablokował Chaunceya Collinsa, a po drugiej stronie parkietu swoją akcję zakończył wsadem. Dzięki temu Rosa po pierwszym fragmencie gry zeszła z parkietu z najmniejszym możliwym deficytem.

Kolejna kwarta rozpoczęła się od mocnego uderzenia Legii i serii punktowej 10-2. Wydatny udział w tym miał Jobi Wall, jak zwykle potrafiący przycelować z półdystansu i Collins, przez którego center Rosy Fraser wyglądał momentami na ociężałego. Rzucający obrońca grał na wysokiej skuteczności i godnie zastępował odpowiedzialnego zazwyczaj za zdobywanie punktów Anthony'ego Beane'a.

Trener Rosy trzymał jednak rękę na pulsie i szybko zareagował biorąc czas. Po przerwie gracze z Radomia zaczęli grać dużo mądrzej. Prawdziwą różnicę zrobili zawodnicy z zagranicy. Wszechstronny Ryan Harrow i AJ English łatwo znajdowali metodę na pokonanie dziurawej obrony Legii. Chwalony wcześniej za grę w ataku Collins, niestety odstawał w obronie. Podobnie Łukasz Wilczek, który przegrywał rywalizację fizyczną, z bardziej atletycznymi rywalami. Na dodatek rozstrzelał się Zajcew, który zanotował w pewnym momencie 7 punktów z rzędu. Tym samym doszło do kolejnej serii punktowej, lecz tym razem na niekorzyść stołecznego klubu. 13 oczek Rosy pozostało bez odpowiedzi Legii i teraz to Tane Spasev musiał ratować swój zespół przerwą na żądanie.

Starcie stało się nagle bardzo wyrównane. Legia grała koszykówkę jakiej hołduje w końcówce sezonu – radosną i ofensywną. Zawodnicy ze stolicy zanotowali w pierwszej połowie świetną skuteczność z gry wynoszącą 61%, w tym 7/10 za trzy. Wydawałoby się, że w związku z tym powinni pewnie prowadzić, jednak nic z tego. Na tablicy wyników po pierwszej połowie widniał remis po 53. Świetnie radząca sobie w ataku Legia, często zapominała o skutecznej obronie. W zasadzie jedynym sukcesem defensywy  stołecznej ekipy było zatrzymanie reprezentanta Polski, Michała Sokołowskiego. Koszykarz Rosy, grający wczoraj z opatrunkiem na głowie, swój skromny dorobek punktowy (4 oczka w dwóch kwartach) powetował sobie w innych kategoriach statystycznych, 6 razy asystując przy skutecznych zagraniach swoich kolegów.

W drugiej połowie zawodnicy nie rzucali już tak skutecznie, ale wciąż był to mecz przyjemny dla oka. Nadal szalał Collins. Drugi raz w spotkaniu był faulowany przy rzucie za trzy punkty. Znajdował też drogę do kosza po dynamicznych wjazdach. Odważnie poczyniał sobie również Kołodziej. W pewnym momencie poczuł się aż pewnie. Próbował wsadu nad wyraźnie wyższym Zajcewem. Ukrainiec ukrócił jednak jego zapędy, karcąc go bezlitosnym blokiem.

Wraz z upływem trzeciej kwarty minimalną przewagę zdobywała Rosa. Wyraźnie śmielej atakował Sokołowski, który niemal nie schodził z parkietu (grał aż 37 minut). Przełamał się też niewidoczny do tej pory Patrik Auda. W wyniku tego to goście zagwarantowali sobie rozpoczęcie ostatnich 10 minut na uprzywilejowanej pozycji, z paropunktową przewagą za pasem. Na domiar złego kontuzji doznał Wilczek i Legia musiała sobie radzić bez niego do końca spotkania.

Na pomoc przyszedł (a raczej pojawił się z ławki) Grzegorz Kukiełka. Posłał bardzo ważną trójkę z rogu, a chwilę później zdołał trafić spod kosza, mimo próby powstrzymania go faulem. Jego niecelny rzut wolny dobił Bilbao i Legia znowu była w grze. Co istotne obudzili się wtedy kibice Legii. Do tej pory najwierniejsi fani odpoczywali sobie za linią boczną, oddając inicjatywę licznej grupie fanów przyjezdnych. Smutne, iż o tym, że mecz toczył się w Warszawie, przypominało przez 35 minut jedynie trzech, około 12-letnich chłopców, dopingujących Legię w sposób godny pochwały, ale lepiej późno, niż wcale. Doping warszawskich fanów widocznie zmobilizował drużynę, która walczyła na tablicach absolutnie o każdą piłkę.

Na 3 minuty przed końcem spotkania Rosa prowadziła ledwie dwoma punktami. Niestety wtedy Legionistom przydarzyły się niezrozumiałe błędy. Bardzo zawiódł Jorge Bilbao, który dwa razy dał się ograć Zajcewowi i powodów swojego niepowodzenia szukał bardziej w osobie arbitra, niż u siebie samego. Hiszpan już wcześniej wdawał się w pyskówkę z sędziami, lecz tym razem miarka się przebrała. W najważniejszym momencie Bilbao zachował się niedojrzale i otrzymał przewinienie niesportowe. W konsekwencji Zajcew trafił rzut wolny, obrona Legii zaprosiła pod kosz Sokołowskiego, a sama przeprowadziła rozpaczliwą akcję w ataku i pozbawiła się w praktyce nadziei na zwycięstwo.

Najlepszy występ w koszulce Legii Chaunceya Collinsa (32 punkty) okazał się niewystarczający. Radomianie zagrali bardziej zespołowo, notując 9 asyst więcej niż Legioniści. Dzięki temu czterech graczy Rosy zapisało na swoim koncie przynajmniej 15 punktów. Przyjezdni pokazali w ostatnich minutach, że są zespołem bardziej ogranym, doświadczonym i koszykarsko lepszym. Dzięki temu zwycięstwu goście zagwarantowali sobie udział w fazie play-off. Dla Legii był to ostatni w sezonie mecz w roli gospodarza. Nadchodzi czas podsumowań. Po powrocie do PLK Legia zapłaciła bolesne frycowe. Oby w kolejnych miesiącach udało się wyciągnąć odpowiednie wnioski i odbudować potęgę mistrza.  

Legia Warszawa - Rosa Radom 89:98 (24:23, 29;30, 14:17, 22:28)

Legia: Collins 32 (5), Kołodziej 13 (2), J. Wall 13 (3), Linowski 8, Mickelson 6, Bilbao 5, Kukiełka 5 (1), Andrzejewski 3 (1), Robak 2, Ł. Wilczek 0.

Rosa: English 23 (3), Harrow 22 (4), Sokołowski 15, Szymański 2, Fraser 1 oraz Zajcew 19 (2), Auda 8, Zegzuła 6 (2), Szymkiewicz 2, Piechowicz 0.

Adam Kutryba

KOMENTARZE

aktualności

REKLAMA
więcej z działu aktualności

sport

więcej z działu sport

kultura i rozrywka

więcej z działu kultura i rozrywka

Drogi i Komunikacja

więcej z działu Drogi i Komunikacja

KONKURSY

więcej z działu KONKURSY

Sponsorowane

więcej z działu Sponsorowane

kulinaria

więcej z działu kulinaria

Zdrowie Kobieta Dziecko

więcej z działu Zdrowie Kobieta Dziecko