mobile
REKLAMA

Rekordowa impreza w warszawskim lokalu

W miłym towarzystwie czas szybko mija i każdemu z nas zdarzyło się kiedyś “zasiedzieć” w knajpie, jednak rzadko która restauracja pozwala swoim gościom biesiadować kilka dni ciągiem.

Rekordowa impreza w warszawskim lokalu

W pewien wtorek do restauracji prowadzonej przez Edwarda Żelechowskiego przyszedł na śniadanie wraz z trzema kolegami Witold Bogusławski. Zamówili kołduny litewskie i pogrążyli w rozmowie, która lekko się “przedłużyła”. Znajomi, wracając późną porą z teatru, zastali ich przy tym samym stoliku, przy którym usiedli do śniadania. Znajomi ci zjedli z nimi kolację, siedząc do późna. O drugiej w nocy właściciel i służba poszli spać, a przy Witoldzie i jego trzech kompanach pozostał jeden kelner.

Gdy Żelechowski przyszedł następnego dnia około południa, zastał czterech panów przy kawie z pepermintem na lodzie. Poszedł do kuchni i tam dowiedział się, że około pierwszej będzie świeża sztukamięs ze szpikiem. Oznajmił czterem wytrwałym gościom, że jeśli sobie życzą, może im podanie dania przyspieszyć, ażeby w samo południe mogli, pod mocno zamrożoną wódę, przekąsić szpikiem. Panowie się zgodzili i niebawem półmisek ze świeżo ugotowaną sztuką mięsa z rurą znalazł się na stole.

Tymczasem właściciel, uważając ten ewenement za świetną dla siebie reklamę, rozdzwonił się po znajomych, zapraszając ich, aby zobaczyli towarzystwo, które pije od 24 godzin. Zaczęli przybywać przyjaciele, a zainteresowanie tym maratonem okazywali nawet przygodni goście. I znów znajomi Bogusławskiego, wracający w środowy wieczór z teatru, zastali czteroosobowe towarzystwo przy stoliku.

Około północy postanowili zakończyć to śniadanie, ale Edzio im wytłumaczył, że to dzisiaj czwartek i że bez flaków nie powinni wyjść z knajpy, a flaki już się gotują. Na razie mogą zjeść rybkę pod białe wino wytrawne i dobrze zamrożone, a za kilka godzin zostaną im podane im flaki zapiekane z parmezanem w garnuszkach, z protekcyjną porcją pulpetów. Panowie na tę ponętną propozycję ochoczo przystali.

I znów właściciel z obsługą poszli spać. Pozostał jeden kelner, ale już inny. Panowie barłożyli, jedli i popijali do rana. Tak doczekali się flaków około południa, zjedli je pod zamrożoną gorzałkę i wreszcie, po 48 godzinach ucztowania, poszli spać.

Tak to biesiadowano w przedwojennej Warszawie. Z świecą w ręku szukać teraz lokalu gastronomicznego, w którym można się pokusić o bicie tego rekordu.

 

KOMENTARZE

aktualności

REKLAMA
więcej z działu aktualności
REKLAMA

sport

więcej z działu sport

kultura i rozrywka

więcej z działu kultura i rozrywka

Drogi i Komunikacja

więcej z działu Drogi i Komunikacja

KONKURSY

więcej z działu KONKURSY

Sponsorowane

więcej z działu Sponsorowane

kulinaria

więcej z działu kulinaria

Zdrowie Kobieta Dziecko

więcej z działu Zdrowie Kobieta Dziecko