mobile
REKLAMA

Ponad 21 tysięcy pacjentów: czego Tajlandia dowiedziała się o terapii konopnej?

Wyobraźmy sobie, że marihuana nagle znika z listy narkotyków, zanim ktokolwiek ustalił zasady jej sprzedaży. Po kilku miesiącach na głównych ulicach działają sklepy z suszem, a po trzech latach jest ich już kilkanaście tysięcy. W ciągu niecałych półtora roku do szpitali trafia z powodu konopi prawie 1800 nastolatków więcej niż przed zmianą prawa.

Artykuł sponsorowany
Ponad 21 tysięcy pacjentów: czego Tajlandia dowiedziała się o terapii konopnej?

W końcu rząd się wycofuje: kwiaty konopi znów można kupić tylko na receptę, a sklepy mają się zmienić w gabinety z lekarzem albo zniknąć. To nie wymyślony scenariusz, tylko ostatnie cztery lata w Tajlandii. W Polsce, gdzie znów rozmawia się o depenalizacji marihuany, warto przyjrzeć się tajskim doświadczeniom z bliska. Zwłaszcza że zanim Tajowie otworzyli sklepy, przez trzy lata leczyli konopiami w szpitalach i zebrali dane od ponad 21 tysięcy pacjentów. Czego dowiedzieli się o samej terapii, a czego o wolnym rynku?

Olej z ministerialnej receptury

Zanim pojawiły się sklepy, były szpitalne przychodnie. W lutym 2019 roku Tajlandia jako pierwszy kraj Azji Południowo-Wschodniej dopuściła konopie do celów medycznych, a ministerstwo zdrowia zaczęło otwierać przy szpitalach przychodnie, w których je przepisywano.

1 września tego samego roku resort rozpoczął w 30 szpitalach publicznych badanie, które miało sprawdzić, jak olej konopny działa na pacjentów i czy jest bezpieczny. Przez czternaście miesięcy praktycy tradycyjnej medycyny tajskiej, pracujący w każdym ośrodku razem z lekarzami, zakwalifikowali do niego 21 284 osoby. Średni wiek uczestników wynosił 54 lata, mniej więcej co siódmy chorował na nowotwór. Wyniki opublikowano w 2024 roku w czasopiśmie „Medical Cannabis and Cannabinoids”.

Wszyscy dostawali ten sam preparat. Był to ekstrakt z konopi w oleju kokosowym, wytwarzany pod urzędową nazwą Ganja Oil przez Departament Medycyny Tradycyjnej i Alternatywnej tajskiego ministerstwa zdrowia, według receptury opracowanej przez Dechę Siripata. THC było w nim tak mało, że autorzy sami dopuszczają, iż podawane dawki mogły nawet nie osiągać progu działania tej substancji. CBD olej zawierał zaledwie w śladowych ilościach.

Ten sam departament sfinansował badanie, a większość autorów publikacji to jego pracownicy. W artykule zapisano, że sponsor nie uczestniczył w zbieraniu ani analizie danych.

Z badania wyłączono kobiety w ciąży i karmiące, osoby z ciężkimi chorobami psychicznymi lub uzależnieniami w wywiadzie oraz pacjentów z zaburzeniami pracy wątroby i nerek. Wyniki dotyczą więc wyselekcjonowanej grupy i jednego produktu.

Jakie efekty leczenia osiągnięto po trzech miesiącach?

Pacjenci co miesiąc oceniali w skali od 0 do 10 dziewięć objawów, m.in. ból, zmęczenie, lęk i duszność. Średni ból w tym czasie spadł z niespełna 4 do nieco ponad 1 punktu. Uczestnicy więc na starcie nie miewali bólu bardzo silnego. Poprawiła się też ogólna ocena jakości życia, chociaż już na starcie była dobra.

Działania niepożądane odnotowano przy 0,42 proc. z 67 681 wizyt, najczęściej była to suchość w ustach. Trudno jednak na tej podstawie wnioskować o bezpieczeństwie innych preparatów. Olej zawierał bardzo mało THC, a osoby najbardziej narażone na skutki uboczne w ogóle nie brały udziału w badaniu.

Badanie ma jednak dwie poważne słabości. Pierwsza to brak grupy porównawczej. Nikt nie dostawał placebo ani zwykłego leczenia, więc nie wiadomo, czy pacjentom pomógł olej, czy poprawiłoby się im i bez niego. Druga to odejścia z badania. Po miesiącu na wizytę nie wrócił co piąty uczestnik, a po trzech miesiącach prawie co trzeci. Nikt nie zapisywał, dlaczego. Jeśli odchodzili głównie ci, którym olej nie pomagał, średni wynik pozostałych wygląda lepiej, niż wyglądałby dla wszystkich.

Autorzy zdają sobie z tego sprawę. Piszą więc ostrożnie o „potencjalnych korzyściach” oleju jako uzupełnienia leczenia i sami apelują o badania z grupą kontrolną. Dopiero takie pozwolą stwierdzić, czy olej działa, i ustalić, jak go dawkować.

Siła placebo

Ból powstaje w mózgu, a i tam powstają także oczekiwania. Jeśli pacjent wierzy, że dostał skuteczny lek, często rzeczywiście czuje ulgę, nawet gdy w tabletce nie ma żadnej substancji czynnej. Dlatego standardem w badaniach leków przeciwbólowych jest porównanie dwóch grup: jedna dostaje lek, druga placebo, a ani pacjenci, ani lekarze nie wiedzą, kto jest w której.

Jak duży może być ten efekt przy konopiach, sprawdzili w 2022 roku badacze z Karolinska Institutet w Sztokholmie. W czasopiśmie „JAMA Network Open” zebrali wyniki 20 takich badań. Okazało się, że ból wyraźnie słabł nie tylko u osób przyjmujących preparat z konopi, ale także u tych, które dostawały placebo, i to w podobnym stopniu. Autorzy zastrzegli jednak, że badania różniły się jakością, więc wynik trzeba traktować ostrożnie.

Do podobnych wniosków doszło Międzynarodowe Towarzystwo Badania Bólu (IASP). W 2021 roku, po dwóch i pół roku analizowania badań, uznało, że wciąż brakuje mocnych dowodów, by zalecać kannabinoidy w leczeniu bólu. Zaznaczyło przy tym, że nie zamierza lekceważyć pacjentów, którzy po medycznej marihuanie czują ulgę.

Olej konopny z czarnego rynku. Jak leczyli się Tajowie poza szpitalem?

Szpitalne badanie objęło tylko pacjentów, którzy trafili do publicznych przychodni. Jak leczyli się pozostali, sprawdzili epidemiolodzy z Uniwersytetu Prince of Songkla w Hat Yai. Na przełomie 2019 i 2020 roku przepytali 485 dorosłych z czterech regionów kraju, którzy w ostatnim roku stosowali konopie w celach leczniczych. Wyniki opublikowali w 2022 roku w czasopiśmie „PeerJ”.

Trzy czwarte z nich kupowało konopie nielegalnie, najczęściej od handlarzy. Większość, bo 85 proc., piła olej, o którym nie wiedziała, ile zawiera THC i CBD. Ponad jedna trzecia leczyła się na choroby, których ministerstwo nie uznawało za wskazania do takiej terapii. Tylko 15 proc. radziło się lekarza, farmaceuty lub pielęgniarki, a reszta polegała na rodzinie, znajomych i mediach społecznościowych.

Badacze tłumaczą to sytuacją z tamtego czasu. Legalne przychodnie działały tylko w części prowincji, lista wskazań była krótka, a wielu lekarzy i farmaceutów podchodziło do terapii sceptycznie. Kto używał konopi jeszcze przed legalizacją, zwykle dalej kupował je tam, gdzie wcześniej.

Czerwiec 2022: konopie znikają z listy narkotyków

9 czerwca 2022 roku tajskie ministerstwo zdrowia wykreśliło konopie z listy środków odurzających. W Bangkoku i miejscowościach turystycznych szybko zaczęły powstawać sklepy z konopiami. Osobna ustawa, która miała uporządkować ten rynek, do dziś nie weszła w życie.

Najdokładniej skutki policzono u nastolatków. W badaniu opublikowanym w 2026 roku w czasopiśmie „Addiction” przeanalizowano ogólnokrajowe rejestry przyjęć do szpitali z lat 2016–2023. Faktyczną liczbę hospitalizacji osób w wieku 10–19 lat porównano z prognozą opartą na trendzie sprzed zmiany prawa. Po liberalizacji przybywało średnio 25,5 hospitalizacji związanych z konopiami tygodniowo ponad prognozę, co w ciągu 68 tygodni dało 1762 dodatkowe przypadki. Wzrosła też liczba przyjęć związanych ze stymulantami, nikotyną i rozpuszczalnikami.

Podobny kierunek widać w zgłoszeniach do Centrum Toksykologicznego Szpitala Ramathibodi w Bangkoku. Po czerwcu 2022 roku dzieci i młodzież poniżej 20. roku życia odpowiadały za 26,1 proc. zgłoszeń dotyczących produktów z konopi, wobec 14,1 proc. w czasie, gdy konopie były nielegalne. Badacze z Uniwersytetu Mahidol odnotowali też wyższy odsetek hospitalizacji po legalizacji medycznej i po otwarciu rynku.

Dlaczego Tajlandia wycofała się z legalnej marihuany?

Rząd tłumaczył zaostrzenie przede wszystkim dwiema sprawami. Według rządowej agencji po 2022 roku wyraźnie przybyło osób uzależnionych od konopi, a w 2025 roku gwałtownie wzrosła liczba turystów zatrzymywanych za próbę wywiezienia suszu za granicę.

Nie bez znaczenia była też polityka. Rządząca partia Pheu Thai od dawna obiecywała powrót do zakazu, ale blokował to koalicjant, partia Bhumjaithai, która wcześniej przeprowadziła liberalizację. Gdy w czerwcu 2025 roku Bhumjaithai odeszła z rządu, minister zdrowia już po kilku dniach podpisał nowe przepisy. Zwolennicy konopi od razu nazwali to decyzją polityczną, a nie zdrowotną.

Od 26 czerwca 2025 roku kwiatostany konopi mają w Tajlandii status zioła kontrolowanego, a sklep może je sprzedać wyłącznie osobie z receptą. Wystawić ją może siedem grup profesjonalistów, od lekarzy i farmaceutów po praktyków medycyny chińskiej i uzdrowicieli ludowych. Według bangkockiej kancelarii Tilleke & Gibbins receptę wypisuje się na urzędowym formularzu, na najwyżej 30 dni, i można ją zrealizować tylko raz. Przepisy nie wspominają o teleporadach, ale zdaniem urzędników, na których powołuje się kancelaria, recepta przesłana mailem po rozmowie na czacie nie spełniałaby wymogów.

Na tym się nie skończyło. 22 września 2026 roku rząd przyjął projekt ustawy o kontroli konopi, który trafi teraz do parlamentu. Plantacje mają być rejestrowane według wielkości, a licencje istniejących sklepów konopnych będą wygasać w latach 2026–2028. Miejsce, które zechce działać dalej, będzie musiało stać się placówką medyczną z lekarzem na miejscu. W rządowej ewidencji jest już ponad 10 tysięcy sklepów i upraw, a obecny minister zdrowia Pattana Promphat zapowiada, że konopie mają służyć wyłącznie celom medycznym.

A jak wyglądała sytuacja z medyczną marihuaną w Polsce?

Zupełnie inaczej, bo Polska od początku postawiła na apteki, a nie na sklepy. Leki z konopi są legalne od 1 listopada 2017 roku, a pierwszy surowiec trafił do aptek w styczniu 2019 roku. Cały pochodzi z importu, a popyt szybko rośnie. Według Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego w 2024 roku sprowadzono 7,8 tony suszu, o ponad 73 proc. więcej niż rok wcześniej.

Receptę może wystawić każdy lekarz, bez względu na specjalizację. Przez kilka lat działały jednak portale, na których dostawało się ją po wypełnieniu internetowej ankiety, przed czym ostrzegał Rzecznik Praw Pacjenta. Od 7 listopada 2024 roku recepta na medyczną marihuanę wymaga osobistego zbadania pacjenta.

Jak w Polsce wygląda terapia medyczną marihuaną?

Leczenie przewlekłego bólu zaczyna się zwykle u lekarza rodzinnego, który może skierować pacjenta do bezpłatnej poradni leczenia bólu. Tam do dyspozycji są leki, w tym opioidy, blokady nerwów i rehabilitacja, choć na wizytę często trzeba długo czekać. Konopie rozważa się najczęściej wtedy, gdy te metody nie pomagają albo pacjent źle je znosi. Receptę może wystawić także lekarz w ramach NFZ. Wizyta jest wtedy bezpłatna, ale za lek pacjent płaci w aptece pełną cenę. Refundowane są tylko niektóre zarejestrowane leki z kannabinoidami, np. Epidyolex w rzadkich, ciężkich padaczkach. Przeszły one badania z grupą kontrolną, czyli właśnie to, czego zabrakło tajskiemu olejowi.

Drugą drogą są prywatne gabinety specjalizujące się w terapii konopnej, których w dużych miastach działa wiele. W Warszawie konsultacje prowadzi między innymi sieć gabinetów receptamarihuana.pl. Zasady są wszędzie takie same. Lekarz bada pacjenta osobiście, przegląda dokumentację z dotychczasowego leczenia i ocenia, czy terapia jest wskazana. Sama wizyta nie gwarantuje też recepty. O leczeniu konopiami powinien wiedzieć także lekarz prowadzący, bo THC i CBD mogą wchodzić w interakcje z innymi lekami.

Czego Polska może nauczyć się od Tajlandii?

Legalna terapia medyczną marihuaną nie wystarczy, jeśli trudno do niej dotrzeć. W Tajlandii przychodnie konopne działały przy szpitalach, a mimo to trzech na czterech chorych kupowało olej od handlarzy. Powód był prosty: przychodni było mało, a wielu lekarzy nie chciało o konopiach rozmawiać. Chory z prowincji miał bliżej do handlarza niż do szpitala.

Recepta chroni tylko wtedy, gdy wystawia ją ktoś, kto naprawdę bada pacjenta. W Tajlandii receptę na konopie może dziś wypisać także uzdrowiciel ludowy, a sklepy mają się zamienić w „placówki medyczne” z lekarzem na miejscu. Łatwo wyobrazić sobie sklep, w którym recepta jest tylko kolejnym okienkiem przed kasą. Polska zna ten problem z receptomatów, gdzie przez lata wystarczyło wypełnić ankietę w internecie, by dostać receptę bez rozmowy z lekarzem.

Tajlandia zmieniała prawo szybciej, niż zbierała dane. Rynek otworzyła bez badań, a zamknęła po rozpadzie koalicji rządowej. Mimo to Tajowie mają dziś liczby, które pozwalają ocenić skutki obu decyzji. W Polsce wiadomo, ile suszu sprowadzamy, ale trudno znaleźć publiczne dane o tym, ilu pacjentów go używa, na jakie choroby i czy im pomaga. Dlatego dyskusja o marihuanie tak łatwo zamienia się w spór przekonań. Bez rzetelnych danych każda strona może wskazać przykłady na poparcie swojej racji, ale żadna nie jest w stanie pokazać pełnego obrazu.

KOMENTARZE

aktualności

więcej z działu aktualności

sport

więcej z działu sport

kultura i rozrywka

więcej z działu kultura i rozrywka

Drogi i Komunikacja

więcej z działu Drogi i Komunikacja

Kryminalne

więcej z działu Kryminalne

KONKURSY

więcej z działu KONKURSY

Sponsorowane

więcej z działu Sponsorowane

Biznes

więcej z działu Biznes

kulinaria

więcej z działu kulinaria

Zdrowie i Uroda

więcej z działu Zdrowie i Uroda