Wielki Marty: Od miesięcy w kinie nie było tak intensywnego przeżycia. Czy to film roku? [RECENZJA]
Marty Mauser wierzy, że jest "supreme" — czyli po prostu wielki, wspaniały, doskonały. Ale co, jeśli Marty nie został stworzony do tego, by podbić świat? Co jeśli wmówił to sobie, by uciec od zwyczajności? "Wielki Marty", najnowszy komediodramat Josha Safdiego, okazuje się fenomenalną opowieścią o chłopaku, który uczy się, jak usidlić własne ego i docenić swój skromny mikrokosmos. Od 30 stycznia w kinach
Między ambicją a absurdem
Współczesne kino rzadko oferuje nam zjawisko tak intrygujące, jak moment, w którym wybitny reżyser świadomie odchodzi od sztywnych ram faktów historycznych, by na ich fundamentach zbudować własną, osobistą wizję prawdy. Josh Safdie, sięgając po życiorys Marty’ego Reismana – legendarnego mistrza tenisa stołowego – nie zamierza składać hołdu datom czy rzeczywistym wydarzeniom. Zamiast tego dokonuje odważnej przebudowy biografii na rzecz autorskiej opowieści, która z historią sportowca łączy się jedynie luźną nicią inspiracji.
Marty Mauser, to postać całkowicie niezależna, która jest raczej symbolem konkretnych ludzkich słabości i emocji niż wiernym portretem mistrza paletki. W efekcie „Wielki Marty” rezygnuje z bezpiecznych i przewidywalnych schematów klasycznego kina biograficznego. Reżyser nie próbuje nas uczyć historii; on buduje własny świat, w którym fakty ustępują miejsca filmowej prawdzie o człowieku.
Safdie staje się tu twórcą własnej legendy, kreując postać skrajnego narcyza o magnetycznej twarzy Timothée Chalameta. Nie znajdziemy tu typowej dla filmów sportowych opowieści o wielkim triumfie woli i ciężkiej pracy prowadzącej na szczyt. Otrzymujemy za to wnikliwy portret człowieka uwięzionego w przekonaniu o własnej wyjątkowości. Reżyser z chirurgiczną precyzją pokazuje antybohatera, który desperacko nie chce przyjąć do wiadomości, że jego życie może wcale nie być przeznaczone do wielkich rzeczy. Zamiast grzecznego hołdu dla sportowca, dostajemy fascynujący, choć momentami bolesny obraz człowieka, który w panicznej ucieczce przed zwyczajnością jest gotów zniszczyć wszystko, co zbudował, i spalić za sobą każdy most.
Nowojorski sprint-pong
Choć akcja filmu toczy się w latach 50., reżyser Josh Safdie celowo miesza epoki, co staje się jednym z najciekawszych elementów tej historii. Ścieżka dźwiękowa jest wypełniona brzmieniami syntezatorów z lat 80. Choć takie połączenie może wydawać się ryzykowne, w praktyce wypada genialnie. Wykorzystanie piosenek zespołu Tears for Fears – od otwierającego film „Change” po finałowe „Everybody Wants to Rule the World” – tworzy idealną całość. Ta muzyka to coś więcej niż tło; to głos, który z boku komentuje błędy 23-letniego Marty’ego. To dźwiękowa opowieść o tym, jak niedojrzały chłopak marzy o rządzeniu światem, traktując życie jak jeden wielki występ przed publicznością.
Sama konstrukcja filmu przypomina starożytną opowieść o bohaterze, któremu los rzuca kłody pod nogi za każdym razem, gdy ten próbuje oszukać przeznaczenie. Główny bohater to postać jednocześnie tragiczna i zabawna – przypomina legendarnego Odyseusza, który zamiast wracać do domu, błąka się po nowojorskich salkach do ping-ponga i mrocznych ulicach. Każda kolejna próba oszukania systemu przybliża go do katastrofy.
Na tej dusznej, przypominającej senny koszmar drodze, Marty spotyka ludzi, którzy jak w lustrze odbijają jego lęki i obsesje:
- Gwyneth Paltrow jako Kay Stone: Gwiazda dawnego Hollywood, która dla Marty’ego nie jest partnerką, lecz „trofeum”. Chłopak widzi w niej jedynie narzędzie, dzięki któremu chce wejść do świata bogaczy i sławy.
- Abel Ferrara: W roli tajemniczego mężczyzny z psem, wprowadza do filmu atmosferę niepokoju i dziwności. Jest on symbolem ciemnej strony Nowego Jorku, z której nie da się uciec bez szwanku.
- Odessa A’Zion jako Rachel: partnerka Marty’ego, wnosi do filmu najwięcej prawdziwych emocji. To przez relację z nią widzimy, jak niszczycielski jest narcyzm głównego bohatera. Rachel jest dowodem na to, że szalony pęd po sukces najbardziej rani tych, którzy kochają nas najbardziej.
Chalamet w drodze po Oscara
To, co prezentuje na ekranie Timothée Chalamet, można określić krótko: aktorski nokaut. Po rolach pełnych powagi w „Diunie” czy technicznych popisach w „Kompletnie nieznanym”, tym razem aktor rezygnuje z jakichkolwiek barier. On nie tylko odgrywa swoją postać – on po prostu „staje się” Martym. Jego bohater to człowiek ogarnięty chorobliwym uwielbieniem samego siebie, dla którego bycie przeciętnym jest gorsze niż śmierć. Najlepiej widać to w scenie przegranej z japońskim mistrzem, Koto Endo. Marty nie czuje wtedy zwykłego sportowego smutku; dla niego ta porażka to koniec świata, bo podważa wszystko, w co wierzył na swój temat.
Chalamet kreuje postać, która jest jednocześnie odpychająca i magnetyczna. Gra kogoś, kogo w prawdziwym życiu prawdopodobnie byśmy unikali – aroganckiego egocentryka, który zawsze stawia siebie na pierwszym miejscu. Mimo że Marty zachowuje się jak największy „dupek” w całym Nowym Jorku, nie potrafimy oderwać od niego wzroku.
Dlaczego jako widzowie, wciąż mu kibicujemy? To zasługa niezwykłego porozumienia między reżyserem a aktorem. Safdie i Chalamet budują tę postać z taką pasją, że podświadomie wierzymy w jego przemianę. Chcemy wierzyć, że pod maską kłamcy, który bez mrugnięcia okiem okrada pracodawcę i manipuluje najbliższymi, kryje się ktoś, kto w końcu dojrzeje. To rzadka sztuka: sprawić, by publiczność trzymała kciuki za bohatera, który na każdym kroku łamie zasady przyzwoitości. Bez wątpienia jest to jedna z najmocniejszych ról ostatnich lat, która na stałe zapisze się w historii kina.
Chaos pod pełną kontrolą
Pod względem wizualnym „Wielki Marty” to prawdziwe arcydzieło, które wyróżnia się na tle współczesnych, często zbyt wygładzonych produkcji. Za kamerą stanął wybitny operator Darius Khondji (twórca zdjęć do kultowego filmu „Siedem”), który podjął odważną decyzję o rezygnacji z nowoczesnej technologii cyfrowej. Zamiast tego postawił na klasyczną, brudną taśmę filmową 35 mm. Efekt jest piorunujący – obraz ma specyficzną strukturę i ziarno, które sprawiają, że Nowy Jork lat 50. wydaje się niemal namacalny. Miasto w obiektywie Khondjiego nie jest pocztówkowe; jest ciasne, duszne, przesiąknięte dymem papierosowym i potem zawodników. Widz ma wrażenie, że nie tylko ogląda historię, ale niemal czuje zapach tych zadymionych sal treningowych.
To jednak nie wszystko, bo prawdziwy popis umiejętności technicznych dostajemy w scenach sportowych. Rozgrywki ping-ponga zostały sfilmowane i zmontowane z tak niesamowitą energią, że oglądając je, można odnieść wrażenie uczestniczenia w dwugodzinnym ataku paniki. Kamera nie stoi w miejscu – pędzi za piłeczką, wyłapuje nerwowe gesty graczy i ich narastającą frustrację.
Safdie stworzył nową jakość, którą można określić jako „sprint-pong”. To kino w stanie ciągłego wrzenia, gdzie każde uderzenie paletką ma wagę życia i śmierci. Dzięki tak przemyślanej reżyserii i montażowi, film ani na moment nie zwalnia tempa, trzymając widza w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty. To rzadki przykład filmu, w którym forma techniczna nie jest tylko dodatkiem, ale kluczowym elementem budującym emocje i pozwalającym nam w pełni zrozumieć rozedrganie głównego bohatera.
Czy to film roku?
„Wielki Marty” to coś znacznie więcej niż zwykły seans – to szalone, niemal fizyczne doświadczenie, które trzyma widza w napięciu na samym skraju fotela. Josh Safdie tym filmem ostatecznie ugruntował swoją pozycję jako samodzielny, wybitny twórca. Choć przez lata pracował w duecie z bratem, paradoksalnie to właśnie po ich rozstaniu jego styl zyskał jeszcze więcej drapieżności i bezkompromisowej energii. Safdie unika przy tym pułapki taniego szokowania czy artystycznego nadęcia. Zamiast tego serwuje nam brawurową, boleśnie szczerą opowieść o tym, że droga do dojrzałości często prowadzi przez serię życiowych katastrof. To historia o człowieku, który musi kilkukrotnie zniszczyć wszystko wokół siebie, by w końcu zrozumieć, co w życiu jest naprawdę wartościowe i odnaleźć drogę do swojej bezpiecznej przystani.
Trzeba jednak ostrzec: czy jesteście gotowi na emocjonalny koszmar, w jaki wciągnie Was Marty „Supreme” Mauser? Film oferuje jazdę bez trzymanki, na którą trudno się w pełni przygotować, nawet jeśli uważa się, że w kinie widziało się już wszystko. Josh Od pierwszej minuty reżyser narzuca mordercze tempo, zmuszając nas do uczestnictwa w chaosie życia głównego bohatera. Jedno jest pewne: to kino najwyższej próby, które wbija w fotel od pierwszej sekundy i zostaje pod skórą jeszcze długo po tym, jak w sali kinowej zapalą się światła. Bez wątpienia mamy do czynienia z jednym z najmocniejszych kandydatów do tytułu filmu roku.
Ocena: 9/10


![Wielki Marty: Od miesięcy w kinie nie było tak intensywnego przeżycia. Czy to film roku? [RECENZJA]](/uploads/artykuly/zdjecie/k_280x150/1da6f9f28e19ec8344641fc3ce2a7d7d41762622.jpeg)
























![[Rozwiązanie konkursu] Spektakl „Palce lizać, czyli wybuchowy deser!” wygraj podwójną wejściówkę](/uploads/artykuly/zdjecie/k_280x150/9a9ade467e3101cfee574fe7e9f64ccbb6e4f37a.jpeg)
![[Rozwiązanie konkursu] Spektakl „Boeing Boeing” wygraj podwójną wejściówkę](/uploads/artykuly/zdjecie/k_280x150/09a4c61fd414f1d3470693c0fdb08d61cef10a4f.jpeg)
![[KONKURS] Spektakl „Palce lizać, czyli wybuchowy deser!” wygraj podwójną wejściówkę](/uploads/artykuly/zdjecie/k_280x150/80385c1480a1c78a6dcd72d5abf6fadfdcbcae49.jpeg)
![[KONKURS] Spektakl „Boeing Boeing” wygraj podwójną wejściówkę](/uploads/artykuly/zdjecie/k_280x150/30c49c28f411d394aeccc7a83f674fc5f69e3516.jpeg)














