mobile
REKLAMA

Nasze czasy transpłciowości

Z dr. Andrzejem Margasińskim, psychologiem i terapeutą rozmawiamy o książce „Kiedy Harry stał się Sally” Ryana T. Andersona, a także o problemach, którym ta pozycja jest poświęcona: tożsamości seksualnej, transpłciowości, zmianom płci, i kontrowersjach, jakie te tematy wywołują w debacie publicznej.

Tomasz Sprycha
Nasze czasy transpłciowości

Czym jest płeć i czym jest transpłciowość?

Z pozoru proste pytanie, a tak naprawdę bardzo skomplikowana kwestia. Z medycznego i psychospołecznego punktu widzenia rodzajów płci wyróżnia się kilka. Istota sporu polega na tym, jakie mamy podejście do płci biologicznej i tzw. płci kulturowej. W centrum paradygmatu genderowego znajduje się płeć kulturowa (angielskie gender określa właśnie ją, słowem zarezerwowanym dla płci biologicznej jest sex). Genderyzm podkreśla jej znaczenie i minimalizuje znaczenie płci biologicznej – tę, zgodnie z tym założeniem, można mocno modyfikować. Moim zdaniem jest to założenie błędne, nie można tak łatwo negować znaczenia płci biologicznej. Rozwój człowieka jest pochodną naszego wyposażenia biologicznego (głównie genetycznego) i późniejszych wpływów środowiskowych. Wpływy środowiskowe i wyposażenie genetyczne stanowią dynamiczny układ, który na siebie wzajemnie oddziałuje. W rezultacie tego oddziaływania kształtuje się jednostka – nasze fenotypowe, indywidualne cechy.

Czy da się w ogóle zmienić płeć?

Tak naprawę płci biologicznej zmienić się nie da. Ta płeć jest binarna, są osobniki żeńskie i męskie. Osobniki męskie wydalają z siebie materiał genetyczny, osobniki żeńskie przyjmują. U ssaków to uniwersalny model rozmnażania się. W naszym DNA mamy zapisany kod genetyczny związany z naszą płcią. Jeśli weźmiemy osobę, która podda się tzw. zmianie płci i mielibyśmy możliwość ją sklonować, to jaka płeć nam wyjdzie? Pierwotna płeć takiego człowieka. Występują oczywiście zaburzenia rozwoju płci, kiedyś zwane obojniactwem lub hermafrodytyzmem, w przypadku których występują zarówno cechy męskie, jak i żeńskie. To jest zaburzenie rozwojowe, przez nikogo nie zawinione a takim osobom można tylko współczuć i oferować wszelką pomoc. Ale to nie zmienia faktu, że nie ma czegoś takiego jak „trzecia płeć”. O takiej moglibyśmy mówić, gdybyśmy w obrębie gatunku ludzkiego stwierdzili obecność osobników z zupełnie innymi pierwszo- i drugorzędowymi cechami płciowymi itd. Czegoś takiego nie ma, występują jedynie zaburzenia w obrębie dwóch płci. I z tym się zgodzi zapewne zdecydowana większość biologów. A dlaczego jest to dziś podważane? Znak naszych postmodernistycznych czasów.

Ryan Anderson swoją książkę zaczyna od omówienia „naszych czasów transpłciowości”. W jakim miejscu się teraz znajdujemy jeśli chodzi o transpłciowość i podejście do niej?

Jesteśmy w okresie wielkiego zamieszania. Z jednej strony mamy do czynienia ze zdecydowaną ofensywą ideologii genderowej, a z drugiej – z ustaleniami nauki, które jednak bardzo słabo przebijają się do opinii publicznej. A w obrębie samej nauki również widzimy zróżnicowane stanowiska, ten polityczno-społeczny spór przenosi się w obszar nauk, również medycznych.

Ja z punktu widzenia psychologa nie mogę kwestionować świadectw osób, które przeszły zabieg tranzycji [korekty płci – red.] i twierdzą, że to poprawiło ich funkcjonowanie, tzw. dobrostan. Tak też może być. O dobrostanie przesądzają zasadniczo odczucia subiektywne. Zamieszanie wokół książki Andersona bierze się stąd, że ona pokazuje drugą stronę – ciemniejszą stronę tego zjawiska. Jeśli spojrzymy na stronę internetową Fundacji Trans-Fuzja, to znajdziemy tam jednoznacznie afirmatywny przekaz na temat zmiany płci. A rzeczywistość taka nie jest. Istnieje druga strona medalu, istnieją osoby, które dokonały tranzycji i potem głęboko tego żałowały. Wiele z tych osób ma potem pretensje do świata medycyny, że były prowadzone tą drogą i że nie zaproponowano im pomocy psychoterapeutycznej. To był klucz do ich problemów, z czego często zdają sobie sprawę po fakcie. Problem transseksualizmu jest moim zdaniem analogiczny do problemu anoreksji. Z anoreksją wiąże się nieprawidłowe postrzeganie wagi swojego ciała, a w transseksualizmie mamy nieprawidłowe postrzeganie swojej płci i zaburzenia w tej sferze. Zarówno badania, jak i liczne indywidualne świadectwa, które na przykład Anderson zamieścił w swojej książce, pokazują, że u tych osób kluczem do ich trudności psychicznych było najczęściej mocno zaburzone dzieciństwo i funkcjonowanie w mocno dysfunkcyjnych rodzinach. Na przykład Walt Heyer najpierw był mężczyzną, potem zmienił płeć, przez 8 lat żył jako kobieta, a potem dokonał detranzycji. Jego wypowiedzi po zmianie płci były entuzjastyczne. Ale po 8 latach okazało się, że z jego zadowolenia nic nie zostało, źle funkcjonuje i jest nieszczęśliwy. W trakcie tej „podróży tam i z powrotem” zdał sobie sprawę, że klucz do jego problemów tkwił w dzieciństwie. Babcia przebierała go w sukienki, wychowywała go jako dziewczynkę, był również wykorzystywany seksualnie przez wujka. Nic dziwnego, że miał zaburzone poczucie tożsamości. Problem polega na tym, że w trakcie wszystkich medycznych procedur nikt się temu wnikliwie nie przyjrzał i nie zaproponował mu psychoterapii. Tak nie powinna funkcjonować medycyna. Ostrzegałbym tu przed pochopnymi decyzjami, bo one mogą bardzo drogo kosztować. Zmiana płci to przede wszystkim bezpłodność. Leczenie hormonalne do końca życia. Sztucznie uformowane organy płciowe, które nigdy nie dadzą pełnego komfortu. Wśród osób po zmianie płci odsetek samobójstw jest wielokrotnie większy niż w całej populacji. To są te ciemne strony tranzycji, o których się mniej mówi.

To ciemne strony indywidualnych decyzji. A jakie są zagrożenia społeczne zbyt lekkomyślnego podejścia do przeprowadzania zmian płci?

Na Zachodzie widzimy wysyp klinik dokonujących zmian płci i wysyp nastolatków, którzy sygnalizują problemy z określeniem swojej płci. Jedna z badaczek, Lisa Littman, zainteresowana gwałtownym narastaniem zjawiska dysforii płciowej u nastolatków postanowiła się temu bliżej przyjrzeć. Napisała głośny artykuł, w którym znajdowały się wywiady z rodzicami nastolatków z dysforią płciową. Okazało się, że większość z nich funkcjonowała w specyficznych bańkach informacyjnych. Byli pod przemożnym wpływem internetu i mediów społecznościowych. Po opublikowaniu tego artykułu Littman była mocno atakowana, jak swego czasu Mark Regnerus za raport o młodych dorosłych dorastających w związkach homoseksualnych. Te badania szły w poprzek aktualnych narracji o swobodnym wyborze płci, zaprzeczały ideologicznej akcji, dlatego spotkały się z tak mocnym atakiem. A sprawa jest bardzo doniosła społecznie, bo ilość zaburzeń związanych z dysforią płciową u młodych ludzi w USA czy Wlk. Brytanii na przestrzeni ostatnich 5-7 lat wzrasta lawinowo. Pytanie w jakiej skali ta fala dotrze do Polski.

Co by Pan w takim razie powiedział osobom, które nie mają wątpliwości, że tranzycja jest dla nich jedynym rozwiązaniem i w swoim ciele nie mogą żyć?

Jeśli mówimy o nastolatkach, to powiedziałbym: poczekaj, wstrzymaj się. Statystyki pokazują, że 80-95% tego typu odczuć samoistnie przemija po wejściu w dorosłość. Po drugie powiedziałbym im: przeczytajcie książkę Andersona. Bo w niej jest przytaczana rzetelna wiedza medyczna. Po trzecie poradziłbym: skonsultuj się z niezależnymi specjalistami, psychiatrami i psychoterapeutami, którzy nie są zaangażowani w procedury tranzycyjne i spojrzą z potrzebnym dystansem na twoje problemy. Natomiast jeśli ktoś jest osobą dorosłą, ma informacje z obu stron i dalej jest przekonany, że to mu pomoże, to powiedziałbym: jesteś człowiekiem wolnym, jeśli uważasz, że to jest dla ciebie najlepsza decyzja, to masz do tego prawo. Inną sprawą jest kto ma za to płacić… Warto zauważyć, że aktywiści transpłciowi zastawiają tu na siebie pewną pułapkę, bo „wypychając” transseksualizm z klasyfikacji nozologicznych i stawiając na piedestale prawo do subiektywnego wyboru płci pozbawiają się argumentów na rzecz refinansowania tych operacji przez fundusze publiczne.

Niemniej zupełnie inaczej trzeba odnosić się do dzieci i nastolatków. Choćby przez odniesienie do prawidłowości psychologii rozwojowej, które jednoznacznie pokazują, że – mówiąc kolokwialnie – dzieci to są dzieci. Procesy rozwojowe kończą się bardzo późno. Rozwój mózgu według niektórych neurobiologów trwa do 23-25 roku życia. Inne procesy: wejście na poziom myślenia formalnego, czyli nabycie zdolności do myślenia pojęciowego, używania praw logicznych, do syntezy i analizy, to jest dopiero 17-18 rok życia. Tylko połowa nastolatków wskakuje na ten poziom do 16 roku życia. Tzw. burza hormonalna to nie stereotyp – w procesie dojrzewania poziom testosteronu wzrasta u chłopców dwudziestokrotnie, a u dziewczynek poziom estrogenów sześciokrotnie. To się przekłada na olbrzymie wahania emocjonalne, z dominacją uczuć negatywnych. Młody człowiek poszukuje swojej tożsamości, przechodząc przez różne etapy, od tożsamości rozproszonej, poprzez oparcie na idolach zewnętrznych do tożsamości dojrzałej osiąganej w okresie późnego dorastania, rozwój moralności to też długi proces – od moralności heteronomicznej, opartej na autorytetach zewnętrznych, do moralności wewnętrznej, opartej na własnych, przemyślanych zasadach i przyjmowanych świadomie normach. On się także zasadniczo kończy dopiero w okresie późnego dorastania. Jestem zbulwersowany tym, że towarzystwa środowiskowe, np. Amerykańskie Towarzystwo Endokrynologiczne obniża rekomendowaną granicę wieku dla włączenia blokerów hormonalnych (do 16. roku życia). Nigdzie nie zostało wyjaśnione, na jakiej podstawie wydano takie wskazówki. Moim zdaniem z punktu widzenia psychologii rozwojowej to się nie broni.

Zresztą nawet patrząc zdroworozsądkowo: dopiero od 18. roku życia dajemy młodym ludziom pełnię praw obywatelskich jak prawo do głosowania czy zakupu alkoholu. Nawiasem mówiąc w niektórych stanach USA można kupować alkohol dopiero po ukończeniu 21. roku życia. Tutaj więc społeczeństwo wyznacza uzasadnione ograniczenia, a w sprawach tak ważnych i z tak daleko idącymi konsekwencjami jak zmiana płci zaczynamy ulegać presji stanowisk ideologicznych i politycznej poprawności.

Jaka jest alternatywa? Reagowanie na takie odczucia człowieka w późniejszym wieku, czekanie aż samoistnie przeminą, kierowanie młodych ludzi najpierw do psychologa, a nie do chirurga?

W Polsce na szczęście tak jest. Niektórym środowiskom się to nie podoba, ale uważam, że powinniśmy twardo obstawać przy dotychczasowych rozwiązaniach. Czyli zmiana płci dopiero po wejściu w pełnoletniość. Obecnie walka toczy się o to, od kiedy można wprowadzać blokery hormonalne. Część aktywistów chce, żeby pozwalać na to od 16. roku życia a nawet wcześniej i bez wymagania zgody rodziców. Na to nie powinno być społecznego przyzwolenia. I oczywiście propozycja bardzo solidnej psychoterapii.

Można temu postawić zarzut, że jest to traktowanie z góry osób transpłciowych jako chorych psychicznie.

Sformułowanie „chory psychicznie” to nieadekwatny termin. W psychiatrii odnosi się on do psychoz. My nie mówimy tu o chorobach psychicznych, czyli psychozach, tylko o zaburzeniach. Analogicznie do anoreksji, której też nikt nie traktuje w kategoriach psychozy. Póki co dysforia płciowa jest traktowana jako zaburzenie mimo podejmowanych próby liberalizacji tych kategorii i lansowania prawa dla priorytetu subiektywnego ustalania płci.

Wspomniał Pan o zamieszaniu związanym z książką Andersona. Została wycofana z internetowej oferty sieci Amazon, podnoszą się głosy o cenzurze.

Myślę, że Amazon zrobił jej tym niezłą reklamę. W końcu to, co zakazane, jest pożądane. A dlaczego miałaby być zakazana? Bo Anderson pokazuje niespójną narrację aktywistów w sprawach transpłciowości. Pokazuje jak aktywiści ci wywierają gigantyczną, bezlitosną presję nawet na uznanych autorytetach. Tu warto przytoczyć losy Kennetha Zuckera, uznawanego za największy autorytet w tej dziedzinie. Przez 30 lat był ordynatorem Kliniki Tożsamości Płciowej w Toronto. I napisał artykuł, w którym krytycznie odniósł się do zmiany płci u dzieci (nie kwestionował możliwości zmiany płci u dorosłych, w końcu w jego klinice takie zabiegi były wykonywane). I został tak mocno zaatakowany przez aktywistów, że w rezultacie go zwolniono. Zresztą ta genderowa rewolucja zaczyna już pożerać własne dzieci. Każdy, kto przywołuje znaczenie płci biologicznej, staje się wrogiem, jak J.K. Rowling czy prof. Kathleen Stock, feministka, która upomniała się o uwzględnianie płci biologicznej po czym nie wytrzymała rozpętanej na nią nagonki i zwolniła się z pracy w uniwersytecie w Sussex. Jest zresztą dziś grupa feministek, która jest uznawana za tzw. TERF-y, czyli feministki starej daty, które uważają, że negacja płci biologicznej szkodzi ruchowi feministycznemu. I są za to przez radykalne aktywistki genderowe mocno krytykowane. Widać więc, że te środowiska nie są jednolite i trwa tam zażarta walka. Na razie ci najbardziej radykalni przedstawiciele są górą, jeśli chodzi o narzucanie narracji i dostęp do mainstreamowych mediów, ale mam nadzieję, że to się zmieni.

Fot. mat. wydawnictwa WEI

KOMENTARZE

aktualności

więcej z działu aktualności

sport

więcej z działu sport

kultura i rozrywka

więcej z działu kultura i rozrywka

Drogi i Komunikacja

więcej z działu Drogi i Komunikacja

KONKURSY

więcej z działu KONKURSY

Sponsorowane

więcej z działu Sponsorowane

kulinaria

więcej z działu kulinaria

Zdrowie i Uroda

więcej z działu Zdrowie i Uroda