[Recenzja] Nowa uwspółcześniona ekranizacja powieści „Wichrowe wzgórza” wzbudza różne emocje
13 lutego do polskich kin trafiła najnowsza ekranizacja powieści Emily Brontë „Wichrowe Wzgórza”. Współczesna interpretacja tej historii wzbudza skrajne emocje – widzowie i krytycy są podzieleni, zwłaszcza że film wyraźnie, jak mówią, odchodzi od treści oraz konstrukcji powieści. Czy jednak inność musi oznaczać gorszą jakość?
Mam wrażenie, że na odbiór produkcji w dużej mierze wpływa to, czy widz miał wcześniej kontakt z książką – właśnie dlatego opinie mogą być tak rozbieżne. Sama nie czytałam powieści, co niewątpliwie rzutuje na mój sposób patrzenia na film i formułowane odczucia. Z tego powodu postanowiłam ocenić go przede wszystkim jako autonomiczne dzieło, a nie wierną adaptację literatury, tym bardziej że, jak zauważa wielu odbiorców, trudno jednoznacznie nazwać tę produkcję klasyczną ekranizacją książki.
Fabuła filmu
Film Emerald Fennell otwiera scena, która celowo wprowadza widza w błąd.
W pierwszych sekundach można by pomyśleć, że słyszymy dźwięki skrzypiącego materaca. Jednak jak się okazuję, są to odgłosy towarzyszącej egzekucji. Na oczach tłumu wisi skazaniec, a wśród gapiów stoi główna bohaterka - kilkuletnia Catherine Earnshaw (Margot Robbie). Ten brutalny prolog od razu ustawia ton opowieści: dostajemy historię podszytą okrucieństwem, cielesnością i niepokojem.
Cathy dorasta w podupadającej posiadłości na wrzosowiskach Yorkshire wraz z ojcem, a wkrótce także z przygarniętym przez niego chłopcem o nieznanym pochodzeniu – Heathcliffem (Jacob Elordi). Od początku łączy ich relacja oparta na fascynacji
i dominacji: ona jest impulsywna, kapryśna i przekonana o swojej władzy nad nim, on – milczący, lojalny i całkowicie jej oddany. Dorastając, stają się nierozłączni, dzicy i wolni jak krajobraz, który ich otacza. Ich więź szybko jednak przestaje być niewinna, przeradzając się w obsesyjną, autodestrukcyjną namiętność, w której miłość miesza się
z potrzebą posiadania i kontroli.
Punkt zwrotny następuje wraz z pojawieniem się w sąsiedztwie zamożnej rodziny Lintonów. Edgar zaczyna zabiegać o względy Cathy, a ona – początkowo z przekory, później coraz bardziej świadomie dostrzega w małżeństwie szansę na społeczny awans
i stabilność, których nie może jej dać Heathcliff. Decyzja ta rozdziela kochanków
uruchamiając spiralę emocji: tęsknoty, upokorzenia i gniewu.
Filmowa wersja Fennell świadomie zawęża perspektywę znaną z powieści Emily Brontë. Reżyserka koncentruje się niemal wyłącznie na romantycznej, a zarazem destrukcyjnej relacji Cathy Earnshaw i Heathcliffa – córki podupadającego szlachcica oraz przybłędy wychowanego w Wichrowych Wzgórzach, odsuwając na dalszy plan lub całkowicie pomijając wielu pobocznych bohaterów i wątki obecne w literackim pierwowzorze.
W efekcie historia staje się przede wszystkim studium obsesyjnej miłości, która zamiast ocalać bohaterów, prowadzi ich ku emocjonalnej katastrofie.
Jest na czym zawiesić oko
Nie da się ukryć, że wizualnie film Emerald Fennell potrafi zachwycić, a ogromna w tym zasługa zarówno obsady, jak i drugiego planu – krajobrazów, muzyki czy chociażby strojów. Margot Robbie i Jacob Elordi wyglądają na ekranie wręcz obłędnie, co natychmiast przełożyło się na medialny szum wokół produkcji. Szczególnie pokolenie Z zdaje się oczarowane tym duetem – Internet szybko zapełnił się fragmentami scen, zdjęciami z planu i komentarzami zachwyconych widzów, dla których sama obsada stała się jednym z głównych powodów, by wybrać się do kina.
Robbie, stylizowana momentami niemal jak porcelanowa lalka, wnosi do roli Cathy jednocześnie eteryczność i niepokój, natomiast Elordi – magnetycznie przystojny, tworzy Heathcliffa, od którego trudno oderwać wzrok. Co najważniejsze, między aktorami widać autentyczną chemię. Ich relacja jest wiarygodna emocjonalnie i fizycznie, dzięki czemu nawet najbardziej przerysowane momenty fabularne potrafią wybrzmieć przekonująco.
Na uznanie zasługują także kostiumy i scenografia, która pięknie oddaje gotycki klimat. Surowe krajobrazy wrzosowisk, mroczne wnętrza posiadłości i dopracowane detale epoki budują atmosferę melancholii oraz niepokoju, stanowiąc efektowne tło dla burzliwej historii bohaterów. W całej oprawie wizualnej wyraźnie widać kontrasty – z jednej strony dom na Wichrowych Wzgórzach jest zimny, ponury i niemal ascetyczny, pełen ciemnych barw, ciężkich faktur i chłodnego światła. To przestrzeń przytłaczająca, surowa i niemal wroga. Zupełnie inaczej prezentuje się posiadłość Lintonów – jasna, elegancka, pełna kolorów i miękkich tkanin, sprawiająca wrażenie świata bardziej cywilizowanego, choć momentami wręcz przesadnie wystylizowanego.
Jednym z najbardziej zaskakujących wizualnych pomysłów jest pokój Cathy, w którym ściany mają odcień jej skóry, z subtelnym odwzorowaniem pieprzyków. Ten detal jest jednocześnie niepokojący i fascynujący, akby przestrzeń dosłownie pochłaniała bohaterkę i odbijała jej tożsamość. Równie spektakularne są kostiumy głównej bohaterki. Stylizacje Cathy balansują między baśniową fantazją a gotycką teatralnością. Momentami przypominają podrasowaną wersję Czerwonego Kapturka, innym razem przywodzą na myśl Królową Lodu. Wizualnie to kino dopieszczone, miejscami wręcz hipnotyzujące – zdecydowanie jest na czym zawiesić oko.
Kolejne romansidło?
Emerald Fennell w wywiadach i zapowiedziach nigdy nie obiecywała wiernej ekranizacji „Wichrowych Wzgórz”. Oglądając film bez znajomości literackiego pierwowzoru, można odnieść wrażenie, że reżyserkę najbardziej interesują emocje i cielesność relacji Cathy
i Heathcliffa. To, co w niej najbardziej hipnotyzujące: toksyczna miłość, obsesja, przyciąganie, którego nie da się przerwać. I w tej warstwie film działa. Jeśli potraktować go jako opowieść o tym, co niespełnione uczucie robi z człowiekiem, historia okazuje się zaskakująco przejmująca.
Dla widza, który nie zna książki, tak jak ja, „Wichrowe Wzgórza” mogą jawić się przede wszystkim jako dramat romantyczny. Nie jest to jednak lekka historia miłosna, lecz opowieść pełna tragedii, rozpaczy, nierozumienia, cierpienia i narastającej nienawiści, ale jednocześnie ogromnego pożądania. Uczucie bohaterów ma swoje źródło jeszcze
w dzieciństwie, kiedy Heathcliff obiecuje Cathy, że zawsze będzie przy niej i nigdy jej nie zostawi – i rzeczywiście troszczy się o nią bardziej niż o kogokolwiek innego. Ta dziecięca więź z czasem przeradza się w namiętność tak silną, że zaczyna ich niszczyć, staje się toksyczna.
Film nie stroni też od wielkich, patetycznych wyznań miłości, które podkreślają absolutny charakter ich relacji – przekonanie, że są jednością i nie potrafią istnieć osobno. Padają słowa o duszach zbudowanych z tej samej materii, o niemożności życia bez drugiej osoby, o miłości, która doprowadza do szaleństwa. Cytaty te chwytały mnie za serce.
“Nie wiem z czego zbudowane są nasze dusze, ale moja i jego są takie same”.
W nowych „Wichrowych Wzgórzach” nie brakuje także erotyki – intensywnej, zmysłowej, momentami wręcz prowokacyjnej. Kamera wyraźnie celebruje fizyczność bohaterów, skupiając się na dotyku, spojrzeniach i napięciu między nimi. Ich bliskość nie przypomina romantycznej idylli, lecz raczej obsesję – coś niepokojącego, ale jednocześnie hipnotyzującego.
Z tej perspektywy „Wichrowe Wzgórza” Emerald Fennell można odebrać po prostu jako opowieść o kochankach – gorącą i rozdzierającą. Czy to romans? Można powiedzieć, że tak, ale z zastrzeżeniem, że jest to romans o miłości, która bardziej przypomina uzależnienie niż uczucie i która zamiast ocalać, prowadzi bohaterów ku emocjonalnej katastrofie.
Kontrowersyjne sceny
Film Emerald Fennell nie unika kontrowersji i momentami świadomie prowokuje widza, balansując na granicy estetycznego dyskomfortu. Jednym z bardziej dyskutowanych wątków jest relacja Heathcliffa z Isabellą (siostrą Edgara). Pojawiają się sceny sugerujące dominację i podporządkowanie, które mogą budzić konsternację, a nawet sprzeciw. Szczególnie mocno wybrzmiewa motyw uprzedmiotowienia bohaterki, która trzymana jest na łańcuchu jak pies (jednak, za własną zgodą).
Twórczyni operuje również sugestią i dwuznacznością w innych momentach filmu – już scena otwierająca czy symboliczne ujęcia (np. z rozbitymi jajkami), mają wyraźny podtekst i mogą być odczytywane na różnych poziomach. To elementy, które pokazują, że Fennell interesuje raczej mroczna, niepokojąca strona namiętności niż klasyczna romantyczność, co dla niektórych odbiorców może być niesmaczne – sama oglądając te sceny czułam się nie do końca swobodnie.
Jednak jak sama reżyserka wspomina, jest to wersja uwspółcześniona, która nie miała za zadanie odwzorowania 1:1 klasycznej historii z książki Emily Brontë.
Postać, która dolewa oliwy do ognia
W historiach o wielkiej, niszczącej miłości niemal zawsze pojawia się ktoś trzeci – niekoniecznie czarny charakter, ale osoba, która nieświadomie przyspiesza tragedię.
W „Wichrowych Wzgórzach” taką rolę pełniła Nelly – służąca, kiedyś bliska Cathy, później odsunięta na bok. Z tej relacji zostaje jej poczucie krzywdy, zazdrość i przekonanie, że ona widzi świat bardziej trzeźwo niż inni. Wierzy, że Cathy powinna wybrać bezpieczeństwo, a nie niszczącą namiętność.


![[Recenzja] Nowa uwspółcześniona ekranizacja powieści „Wichrowe wzgórza” wzbudza różne emocje](/uploads/artykuly/zdjecie/k_280x150/4fb3bfab4472b5e21af4e71008be53b9c2db8c79.jpeg)


















![[KONKURS] Spektakl „Boeing Boeing” wygraj podwójną wejściówkę](/uploads/artykuly/zdjecie/k_280x150/30c49c28f411d394aeccc7a83f674fc5f69e3516.jpeg)
![[KONKURS] Spektakl "Prezent urodzinowy". Wygraj podwójną wejściówkę](/uploads/artykuly/zdjecie/k_280x150/69902e324b388a9eeb487078745e5603baf31062.jpeg)
![[Rozwiązanie konkursu] Spektakl „Komedia odlotowa, czyli Lumbago” wygraj podwójną wejściówkę](/uploads/artykuly/zdjecie/k_280x150/95ca6518f13917038f0c45f4c60b8752311fa18e.jpeg)
![[KONKURS] Spektakl „Komedia odlotowa, czyli Lumbago” wygraj podwójną wejściówkę](/uploads/artykuly/zdjecie/k_280x150/8c1bffbc6b8839232faa0c014316329469f60a99.jpeg)















