mobile

Warszawa – miasto, w którym na moment zabrakło mi światła

W naszym piątkowym cyklu kolejny tekst z blogu Warszawianka Flancowana.

Zofia Zabrzeska
Warszawa – miasto, w którym na moment zabrakło mi światła

Wpatrując się w tablicę rozdzielczą z umieszczonymi na niej bezpiecznikami przypomniałam sobie jeden z moich ulubionych fragmentów Kabaretu Hrabi. W trakcie egzaminu, wykładowca zadaje studentce pytanie: co Pani wie o Oświeceniu? W odpowiedzi słyszy: ja wiem! Oświecenie jest na prónd. – Na prónd? Dopytuje coraz bardziej skonsternowany profesor. – tak, na prónd, taki nieduży, plus minus…

Jako absolwentka wydziału Filologii Polskiej, o epoce Oświecenia wiem znacznie więcej, ale jako córka nauczycielki fizyki znam również podstawowe zagadnienia związane z elektrycznością. Dlatego też stojąc w ciemnościach egipskich, od dłuższego czasu uparcie próbowałam ustalić przyczynę braku światła w moim domu!

Dwie godziny wcześniej z całym zaangażowaniem gospodyni wyrabiałam ciasto na szarlotkę, którą jakiś czas temu obiecałam Grupie Kawowej. Jabłka były już przygotowane, wystarczyło wstawić ciasto do lodówki, aby tam stężało i zaczekało do mojego powrotu. Dumna ze swoich cukierniczych poczynań, jak Pan Bóg przykazał pobiegłam na niedzielną mszę do Dominikanów na Freta. W świątyni doznałam iluminacji, dzięki której uzmysłowiłam sobie, że dzień wcześniej zużyłam do alzackiego grzańca resztkę cynamonu. Nic to! Wracając do domu przez Stare Miasto i Krakowskie Przedmieście znalazłam otwartą w niedzielę „placówkę pocztową” i kupiłam przyprawę. Robiło się już coraz później, a ja poza szarlotką miałam jeszcze w planach zrobienie obiadu i wyprasowanie sukienki na kolejny dzień. Zmęczona i przemarznięta dotarłam do domu.

Odruchowo zaświeciłam światło tu i tam, włączyłam radio i szybkim gestem nastawiłam piekarnik. Wtedy właśnie stała się ciemność. Podobno człowiek współczesny jest w pewnych aspektach o wiele mniej rozwinięty niż człowiek pierwotny, bo długotrwała awaria prądu jest równoznaczna z sytuacją zagrożenia. Rodzi w nas lęk i niepokój. Lęk i niepokój ogarnęły także i mnie. Od kilku sekund tkwiłam pośrodku swojej bądź co bądź niedużej kuchni w oczekiwaniu, aż moje oczy zaadaptują się do ciemności, tak abym była wstanie zlokalizować telefon, a co za tym idzie latarkę. Po kilku minutach bezradnego błąkania się po własnym mieszkaniu poczułam się jak w Czarnej Komedii, którą nie tak dawno temu oglądałam w Teatrze Kamienica.

Zupełnie jak bohaterzy tamtego przedstawienia potykałam się teraz o własne meble i pozostawione w nieładzie elementy garderoby. W końcu znalazłam telefon i wtedy zdałam sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy – zapomniałam go wcześniej naładować! Dziesięć procent baterii to jednak na tyle dużo, aby naprawić usterkę. Nie mogło wydarzyć się przecież nic poważnego… Stojąc na drabinie, chwiejnym gestem otwarłam puszkę z bezpiecznikami i fachowo oceniłam sytuację. Istotnie „wywaliło korki”. Z precyzją godną elektryka ustawiłam bezpieczniki na prawidłowych pozycjach, jednak nic nie uzyskałam. Paradoksalnie w tej właśnie ciemności, na drewnianej drabinie nagle mnie olśniło! Najwyraźniej doszło do awarii w całej dzielnicy! Ostrożnie i powoli dotarłam do okna i spojrzałam w kierunku arterii Jana Pawła II. We wszystkich budynkach okalających moje podwórko świeciły się światła. Nie mając ani jednego konstruktywnego pomysłu co mam robić dalej, po prostu zadzwoniłam do absolwenta Wydziału Elektrycznego Politechniki Śląskiej – mojego Taty.

– Jeżeli z Twoimi bezpiecznikami wszystko jest już w porządku, musiało dojść do awarii na klatce schodowej.

– To na klatce schodowej też są bezpieczniki? (blondynka)

– Otwórz drzwi wejściowe, skrzynka z bezpiecznikami będzie po Twojej lewej stronie.

Otwarłam drzwi, zgodnie z instrukcją i poczułam pył unoszący się w powietrzu. Kilka dni wcześniej w moim bloku zaczął się generalny remont, który obecnie znajdował się na etapie tynkowania. Ale przynajmniej było tu widno, dlatego szybko zlokalizowałam skrzynkę z bezpiecznikami. Nie mogłam jej jednak otworzyć bo była zamknięta na klucz. Klucza rzecz jasna nie miałam – to byłoby przecież zbyt oczywiste!

Trudno powiedzieć, czy wypada dzwonić po nocy (godzina 22:00) do sąsiadów, ale czasem po prostu nie ma wyjścia. A zatem zadzwoniłam. Drzwi z napisem tu mieszka najlepszy pies z rodziną otwarły się już po chwili. Kobieta w okularach spojrzała na mnie z uśmiechem i ze spokojem w głosie odparła, że również nie posiada kluczyka, ale co gorsza nie zna też numeru alarmowego do elektryka. Swego czasu numer wisiał na tablicy ogłoszeń, jednak tablica zniknęła wraz z rozpoczęciem remontu.
– Proszę się nie martwić, piętro wyżej mieszaka członkini naszej Spółdzielni. Ona na pewno Pani pomoże. Niepewnie zapukałam do drzwi wejściowych wskazanej Sąsiadki i ze względu na absurdalną porę poczułam się niezręcznie. Kiedy po chwili stanęła przede mną nobliwa kobieta w eleganckim atłasowym szlafroku moje wcześniejsze poczucie niezręczności osiągnęło apogeum.

– Widzi Pani, ja nie mam pojęcia, gdzie mogłabym mieć ten kluczyk, takimi rzeczami zajmował się zawsze mój mąż! Spojrzałam na nią porozumiewawczo. Gdybym miała w domu męża on na pewno zadbałby o to, żebyśmy mieli właściwy kluczyk i numer do elektryka. Ale nie mam. Ani męża, ani kluczyka, ani numeru do elektryka. Mam za to sąsiadkę, która podobno pracuje w spółdzielni. – Ktoś wprowadził Panią w błąd. Ja już od kilku lat nie pracuje w spółdzielni. Ale moja koleżanka owszem. Zadzwonię do niej. – Halo Alinko…

Od pięciu minut przysłuchiwałam się rozmowie, która toczyła się między zaprzyjaźnionymi kobietami i chwilowo dotyczyła kwestii życiowych. Właśnie wtedy usłyszałam, że ktoś wchodzi po schodach. Zbiegłam na dół i jeszcze za nim moi sąsiedzi zdążyli wejść do swojego mieszkania zapytałam ich czy posiadają kluczyk…

Posiadali.


Sąsiad ubrany wytwornie starał się pomóc stojąc tuż obok, na mnie natomiast spoczęło zerwanie folii ochraniającej skrzynkę przed wszędobylskim pyłem remontowym. Kiedy w końcu udało mi się ją otworzyć wyglądałam tak, jakby ktoś wysypał na mnie szklankę mąki. Wtedy do akcji przystąpił sąsiad, który z racji wzrostu nie potrzebował drabiny, aby dosięgnąć do tablicy z bezpiecznikami. Ustawił je wszystkie w prawidłowych pozycjach i z nadzieją w głosie stwierdził, że teraz wszystko będzie dobrze. Odprowadziłam go wzrokiem życząc dobrej nocy i wróciłam do mieszkania. Co prawda w przedpokoju dalej było ciemno, ale z pokoju wydobywało się światło jednej z dwóch podłogowych lamp. Byłam pewna, że przed awarią świeciły obydwie. Na powrót stanęłam przed tablicą z bezpiecznikami i ustawiłam ten, który na nowo został „wybity”. W tym momencie zgasła lampa, która jeszcze przed chwilą była jedynym dowodem na istnienie prądu w moim mieszkaniu. Akurat włączałam latarkę w telefonie, kiedy ktoś zapukał do drzwi. Przede mną stała kobieta w okularach podobnych do tych, jakie miałam na sobie. – Słyszałam od koleżanki, że nie ma Pani prądu, chciałabym pomóc… Gdy to mówiła otwarły się drzwi z mieszkania obok. Te same, do których pukałam kilka minut wcześniej. Moja sąsiadka chciała zapytać, czy udało się naprawić usterkę. Było coraz później, a ja byłam bez prądu, bez obiadu i bez szarlotki do poniedziałkowej kawy… Z bezradności, mimo późnej pory zadzwoniłam do mojego kuzyna, który także jest elektrykiem. Chciałam go zapytać, czy mógłby mi polecić kogoś, do kogo mogłabym zadzwonić z samego rana. Po drugiej stronie słuchawki usłyszałam: będę u Ciebie za pół godziny.

W filmie Kiler jest taka scena, w której wsiadający do taksówki człowiek pyta głównego bohatera o to, w jakim mieście się znajduje. W odpowiedzi słyszy, że w Nowym Jorku i stwierdza, że w takim razie mają tu awarię prądu. Kiedy zabrakło mi w tym mieście światła po raz kolejny mogłam przekonać się, że nigdy nie jesteś sam. Nawet wtedy, kiedy siadają Ci bezpieczniki i nic nie widać, są obok Ciebie życzliwi Sąsiedzi i Anioły co spadają z nieba, żeby dostarczyć Ci przytulnego światła i umożliwić zrobienie szarlotki.

 

PRZEPIS NA SZARLOTKĘ:

1)      CIASTO

Do trzech szklanek mąki pszennej lub tortowej dodajemy kostkę masła (wcześniej wyjętego z lodówki – musi być mięciutkie), pięć żółtek, skórkę z cytryny startą na tarce, sok wyciśnięty z połowy cytryny, cukier waniliowy (płaska, mała łyżeczka), proszek do pieczenie (łyżeczka) i ¾ szklanki cukru pudru.

Mąkę i cukier puder warto dodawać do ciasta przez sitko, tak aby były bardziej puszyste.

Całość wyrabiamy kilka minut, aż składniki dobrze się połączą. Wyrobione ciasto warto odstawić do lodówki na godzinę.

2)      JABŁKA

Kilogram jabłek ścieramy na grubej tarce, dodajemy do nich dwie łyżeczki cynamonu, ¾ szklanki cukru i kisiel cytrynowy. Jabłka podsmażamy przez około 20 minut i dodajemy do nich odrobinę koniaku.

Wyjęte z lodówki ciasto dzielimy na pół. Jedną część wykładamy na spód blachy pokrytej papierem do pieczenia, na nią wykładamy OSTUDZONE jabłka, a pozostałą częścią ciasta pokrywamy całość. Najlepiej zetrzeć ciasto na tarce, ale opcjonalnie można je też formować w rękach na małe kawałki i dekoracyjnie wykładać na wierzch.

Przygotowane ciasto wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni, na 45 min.

Smacznego?

Fot. Zofia Zabrzeska

KOMENTARZE

aktualności

więcej z działu aktualności

sport

więcej z działu sport

kultura i rozrywka

więcej z działu kultura i rozrywka

Drogi i Komunikacja

więcej z działu Drogi i Komunikacja

KONKURSY

więcej z działu KONKURSY

Sponsorowane

więcej z działu Sponsorowane

kulinaria

więcej z działu kulinaria

Zdrowie i Uroda

więcej z działu Zdrowie i Uroda