„Nie ma żywego muzeum bez pionu edukacyjnego”
O muzeum bez multimediów, osobistych historiach ukrytych w eksponatach i o tym jak zmienia się sposób w jaki odwiedzamy muzea rozmawiamy z edukatorką z Muzeum Warszawy, Aleksandrą Kresowską
Zuzanna Dekowska: Z danych GUS-u wynika, że muzea w Polsce, w 2025 roku odwiedziło rekordowa liczba osób – 46,2 miliony. Co Pani zdaniem, przyciąga Polaków do muzeów?
Aleksandra Kresowska: – Na wstępie powiem, że Muzeum Warszawy jest specyficznym muzeum w stolicy. Mimo, że jesteśmy w tym miejscu od 90 lat, to od 2014 do 2017 roku trwał tu remont. Gdy inne muzea budowały swoją publiczność — my w zasadzie wypadliśmy ze świadomości Warszawiaków dotyczącej muzeów. Następną przeszkodą była pandemia, która nas zamknęła, tak naprawdę świeżo po otwarciu. Dalej więc walczymy o rozpoznawalność.
Jeśli chodzi o wzrost frekwencji, to u nas jest trochę inaczej, ponieważ dużą częścią naszej publiczności są ludzie, którzy są u nas pierwszy raz. W przeciwieństwie do innych muzeów, które mają publiczność powracającą na każdą wystawę czasową, jak np. Muzeum Narodowe w Warszawie, odwiedzają nas osoby, które właśnie dowiedziały się o istnieniu tego muzeum. Często dowiadują się o nim z rekomendacją, że jest to miejsce gdzie warto przyjść. Ciekawość jest więc pierwszym powodem, dla którego przychodzą do nas goście.
Z badań nad publicznością muzealną, które cały czas prowadzimy my i inne podmioty - między innymi miejskie i NGO-sy, wynika, że powodem, dla którego ludzie chętnie odwiedzają muzea jest też “chęć podtrzymywania życia społecznego i pokazania się w modnym miejscu”. Można powiedzieć, że jest to trochę paradoks, dlatego że muzealnikom często się wydaje, że to ciekawa kolekcja czy wystawa przyciąga ludzi – czyli ta wartość merytoryczna. A jak się okazuje ludzie przychodzą, ponieważ “inni już tam byli” i chcą się pokazać w tym miejscu.
To trochę działa tak jak modne miejsca, takie jak Plac Zbawiciela, kluby, ale też Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Wszyscy już tam byli, wstawili już na Instagrama zdjęcie klatki schodowej MSN-u, więc następne osoby przychodzą, żeby mieć poczucie uczestnictwa w czymś, co jest społecznie ważne.
Nasze badania pokazują, że dla publiczności odwiedzanie muzeum jest sposobem spędzania wolnego czasu. Przychodzą do nas goście z przyjaciółmi, bądź z rodziną. Muzeum w zasadzie stoi dla nich na równi z kinem, teatrem czy salą zabaw dla dzieci. Jesteśmy przestrzenią do spędzania “quality time together”.
Wspomniała pani o mediach społecznościowych i to jest narzędzie, które może przyciągnąć publiczność, ale z drugiej strony zmienia sposób, w jaki zwiedzamy muzea. Powoli stają się one miejscami, do których przychodzi się niejako po to, żeby zrobić sobie zdjęcie.
– Tak, to jest absolutnie prawda i nie ma co z tym walczyć. Dużo muzeów w jakiś sposób włącza to w swoją trasę zwiedzania. W naszym muzeum również są “selfie spoty”, gdzie scenografia danej sali zachęca do tego, żeby zrobić sobie zdjęcie. Mamy pełną świadomość, że jest to bardzo mocny sposób na promocję muzeum. Niektóre muzea idą dalej, na przykład wypuszczając aplikacje, które za pomocą sztucznej inteligencji przerabiają nasze zdjęcie na postać z jakiegoś “highlightu” muzealnego. Muzeum Narodowe w Warszawie parę lat temu zrobiło taką aplikację przy wystawie obrazów Witkacego, gdzie można było sobie swoje zdjęcie przerobić na portret w stylu artysty.
Nastąpił też zwrot od wiedzy ku doświadczeniu. Jak Muzeum Warszawy włącza immersyjność w swoje wystawy?
– My akurat wyróżniamy się na mapie Warszawy, Polski, a może i Europy tym, że nasze muzeum jest w 100% analogowe. Decyzja ta — bardzo ważna, przełomowa i idąca w poprzek trendom — została podjęta przez grono kuratorskie po zmianie ekspozycji w 2017 roku. To był czas, kiedy nowa technologia bardzo mocno wchodziła do muzeów. Wiele z nich, zwłaszcza tych narracyjnych, inwestowało ogromne pieniądze w multimedia najróżniejszego typu, ale już było widać na horyzoncie przebrzmienie tego trendu. Wiele muzeów skarżyło się na to, że multimedia dość szybko się starzeją i są awaryjne. Doszły do wniosku, że lepiej nie umieszczać multimedium w przestrzeni wystawy, niż pozwolić by się zepsuło, co frustruje publiczność. Nasz główny kurator w tamtym czasie, Jarosław Trybuś podjął wtedy decyzję, że w tym muzeum operujemy tylko i wyłącznie oryginalnymi obiektami. To ma przyciągać tutaj publiczność. Żadne nowinki techniczne, kopie czy multimedia, które absorbują uwagę — tylko kontakt z obiektem. W związku z tym idziemy zupełnie w poprzek trendom i u nas tych multimediów konsekwentnie nie ma.
To bardzo interesujące podejście, szczególnie w czasach, gdy do muzeów wkraczają nie tylko multimedia, lecz także sztuczna inteligencja. Muzeum Warszawy jest więc niejako miejscem wytchnienia od technologii. Jak jednak w takich warunkach zaciekawić publiczność? Szczególnie tę najmłodszą, która — jak mogłoby się wydawać — jest zachwycona interaktywnymi atrakcjami, takimi jak gry czy ekrany dotykowe?
– No właśnie ciekawe jest to, że to o czym pani wspomina, moim zdaniem aktualne było z 10 lat temu. W tym momencie dzieci już mają przesyt technologiami. To bardzo dobrze można zauważyć w takich miejscach, gdzie technologii jest bardzo dużo. Widać, że albo są one w ogóle omijane przez publiczność, albo ta interakcja kończy się po prostu “uderzaniem w wyświetlacz”.
Dodatkowo, cały czas staramy się być bardzo na bieżąco z badaniami dotyczącymi pracy ludzkiego mózgu i sposobów, w jaki człowiek się uczy. No i okazuje się, że niestety, ale multimedia i technologia nie robią dobrej roboty w edukacji. Spłycają proces myślowy, a informacje nie zostają dobrze zapamiętywane. Efekty z cyfrowej nauki są o wiele gorsze niż efekty z nauki opartej na relacjach.
My zaciekawiamy kontaktem z żywym człowiekiem. Dlatego tak mocno, inwestujemy w kontakt z obiektem przez opowieść i wydarzenia muzealne, które prowadzą m.in. nasi edukatorzy. Bardzo ważna część naszej pracy to tzw. interpretacja dziedzictwa. To metoda pochodząca z lat 70. XX wieku, ale dalej się sprawdza. Polega na kontakcie pomiędzy człowiekiem, a obiektem który niesie ze sobą jakąś historię.
Czy może Pani podać przykład tego, jak wykorzystujecie tę metodę w swojej pracy?
W Muzeum Warszawy realizujemy m.in. program Warsaw Caught My Eye i jest programem skierowanym do migrantów. Uczestniczą w nim osoby z całego świata i przynoszą swoje doświadczenia życiowe z najróżniejszych stron świata. Poznają historię muzealnych obiektów i łączą jedno z drugim. Parę lat temu była u nas dziewczyna, która urodziła się na Krymie i z Krymu uciekła na Ukrainę przed aneksją rosyjską. Gdy rozpoczęła się pełnoskalowa wojna na Ukrainie uciekła do Polski. W Muzeum Warszawy, w Gabinecie Pocztówek znalazła obiekt z XIX wieku. To była warszawska pocztówka z cerkwią i z rosyjskim napisem. Opowiadała o tym, że ten obiekt ją bardzo mocno poruszył, bo jest przykładem rusyfikacji, którą przechodziła Polska w XIX wieku, a jej życiorys wskazuje na to, że rusyfikacja w jej przypadku na Krymie również miała miejsce.
Takie historie pokazują, że muzeum to zupełnie nie jest pole dla sztucznej inteligencji, a miejsce dla rozmowy w cztery oczy. Nie chcemy opierać się na sztucznej inteligencji, która ma wiele wad, ponieważ nie rozumie w ogóle kontekstów. Opieramy naszą pracę na spotkaniach międzyludzkich.
Na kontakcie z odbiorcą też opiera się najnowsza wystawa, której otwarcie nastąpi 29 października: “Wieloznaczna. Fenomeny Warszawy”. Czym ona się wyróżnia, zwłaszcza iż wiemy, że odbiorcy mieli na nią duży wpływ?
– Wystawa jest wyjątkowa, ponieważ jest partycypacyjna. Cały proces tworzenia wystawy zaczęliśmy od tego, że zaprosiliśmy 40 chętnych Warszawiaków. Zarówno osoby z długotrwałym warszawskim rodowodem wielopokoleniowym, ale też i świeżych Warszawiaków, którzy dopiero tutaj przyjechali z różnych stron świata. Tworzyli z nami tą wystawę przez rok podczas comiesięcznych regularnych spotkań. Wypracowaliśmy razem scenariusz wystawy, ale nasza publiczność tworzyła również obiekty, które na tej wystawie będą pokazane. Znajdą się tam nie tylko nasze zabytki, zbiory czy obrazy, ale też rzeczy, które nasi partycypanci przynieśli. Bardzo wiele elementów wystawy będzie opowiadało o tożsamości Warszawy właśnie przez pryzmat doświadczenia jej mieszkańców.
Zależy nam na tym, żeby każda z sześciu sal wystawy wchodziła dialog z publicznością. By uczestniczyć w wystawie nie musisz być tylko i wyłącznie partycypantem, który przyszedł do nas rok temu i współtworzył z nami wystawę. Przychodząc jako widz, również jesteś pytany o swój odbiór miasta. Pojawi się wiele elementów, gdzie będzie można zostawić swoje świadectwo – na przykład zaznaczyć miejsce, które jest dla mnie centrum Warszawy. Doszliśmy do wniosku, że każdy z Warszawiaków ma własne centrum miasta, więc w instalacji zaprosimy do tego, żeby na mapie zaznaczyć szpilką “swoje centrum”. Będziemy pytali o doświadczenia miasta i o to, co stanowi te spoiwa różnorodnej Warszawy. To będzie wystawa, która na wielu poziomach ma być dialogiem pomiędzy nami a publicznością.
To, o czym Pani mówi, świadczy też o tym, że odchodzimy już od linearnych i historycznych form zwiedzania. Na jakie modele oprowadzań, wystaw stawia teraz muzeum?
– To jest bardzo ciekawe zagadnienie, bo rzeczywiście wiele muzeów pokazuje historię miasta linearnie - od jego założenia po teraźniejszość. W naszym muzeum jest inaczej, nie tylko ze względu na decyzję kuratorską. Muzeum zostało powołane przed II wojną światową, zebrało swoją kolekcję, po czym na 6 lat było w samym centrum działań wojennych i z całej ogromnej kolekcji muzealnej przetrwały jedynie 164 obiekty – w bardzo różnym stanie. W związku z tym kolekcję należało stworzyć od nowa.
Nie jesteśmy więc w stanie, w równych proporcjach opowiedzieć o dawnej Warszawie, tak jak możemy opowiedzieć o dzisiejszej. Opowiadamy w oparciu o historie, które niosą obiekty. Nasze muzeum zbudowane jest z 22 gabinetów tematycznych i w każdym z nich kilka z obiektów ma prezentowane bardziej rozbudowane historie. Dlatego nasza wystawa nazywa się „Rzeczy Warszawskie”, bo to właśnie chodzi o te rzeczy, które niosą za sobą historię Warszawy. Przedmiot nawet najzwyklejszy – grzebień, klamka czy suknia może stać się pretekstem do opowiadania o historii miasta przez pryzmat losów warszawiaków. Wszystkie obiekty, które znalazły się w kolekcji Muzeum Warszawy pochodzą z darów mieszkańców i bardzo często zostawały przeniesione tutaj razem z ich historiami.
Mówiła Pani o tym, że przedmioty mogą być punktem wyjścia do opowiadania historii Warszawy. Jak w praktyce wygląda taka praca z obiektem?
Taką moją ulubioną historią — znaczy ulubioną to trudno powiedzieć, bo jest tragiczna i zawsze płaczę, kiedy ją opowiadam publiczności. Jednak wydaje mi się, że to jest taki najlepszy przykład, znajduje się w gabinecie relikwii, które wcale nie są relikwiami religijnymi, ale są to pamiątki przyniesione przez Warszawiaków. Jest to zwykły męski krawat z lat 30. — nic wielkiego, tysiące mężczyzn nosiło przecież takie krawaty po ulicy. Ale jest to krawat przyniesiony przez starszą, 80-kilkuletnią panią razem ze wspomnieniem. Była kilkuletnią dziewczynką kiedy razem z rodziną brała udział w rzezi Woli i została z ojcem i z matką, wyciągnięta z kamienicy, w której mieszkali i rozdzielona z ojcem. Ona i matka zostały wyprowadzone z miasta, a ojciec został rozstrzelany na miejscu w tej kamienicy. Ostatnim gestem, który zaszedł pomiędzy nią a ojcem, to był gest zdjęcia krawata przez tatę z szyi. On po prostu był ubrany w ten sposób i dał ten krawat swojej córce na pamiątkę. I to jest takie nasze muzealium, o którym opowiadamy podczas naszych zajęć, które otwiera zupełnie inny rodzaj empatii, percepcji i relacji pomiędzy widzem a muzeum i jego zbiorami. Żadna technologia, żadna rewolucyjna forma edukacji muzealnej nie da nam tego, co tak naprawdę mówi ten obiekt o historii miasta.
To bardzo wzruszająca historia. Pokazuje też kierunek, w którym być może powinny dziś podążać muzea. Chciałabym wrócić jeszcze do ich roli edukacyjnej, ponieważ działania muzeów wykraczają poza sale wystawowe. Organizowane są między innymi spacery i zajęcia w przedszkolach. Czy świadczy to o tym, że muzea stają się swego rodzaju centrami edukacji?
– W bardzo dużym stopniu. Rola edukacji muzealnej jest już rozpoznawalna w środowisku muzealnym od paru lat i wciąż rośnie. Mówi się już oficjalnie o tym, że edukacja muzealna jest drugim płucem każdego muzeum, poza kolekcją i pionem merytorycznym, dlatego że nie ma żywego muzeum bez pionu edukacyjnego. To znaczy można stworzyć instytucję, która będzie magazynem zbiorów, ale ona wtedy będzie tylko magazynem. Natomiast jeżeli chcemy, żeby była instytucją kształtującą, otwartą, żywą, pełną ludzi, potrzebujemy ją otworzyć rękami edukatorów.
Dodatkowo, muzea bardzo silnie rozumieją swoją misję w procesie edukacji – zarówno formalnej, jak i nieformalnej. Jest to poparte bardzo szerokimi badaniami nad edukacją muzealną i jej wpływem na ogólną percepcję, kognitywistykę i tryb uczenia się. Okazuje się, że już od dawna wiemy, że taki „pruski” sposób uczenia — 45 minut spędzone w ławce, przy wykładzie i pisaniu na tablicy nauczyciela — praktycznie nie aktywizuje dziecięcego mózgu i bardzo trudno jest mu zapamiętać informacje, które zostały w ten sposób przekazane. Wiemy doskonale, że ludzki mózg uczy się przez działanie. Istnieje cykl nauki: doświadcz, poznaj, zapytaj, zrozum. Muzea się w niego idealnie wpisują.
Najpierw dostajemy obiekt (oczywiście nie do rąk, czasami po prostu wisi na ścianie), rozmawiamy sobie o nim, próbujemy go zrozumieć, a potem dostajemy kolejne umiejętności, które szlifujemy w pracy z tym obiektem – taki model po prostu najlepiej się sprawdza.
Warto pamiętać — co przerabiamy z nauczycielami od lat na przykład przy okazji różnych konferencji — że zbiory muzealne nadają się do nauczania każdego przedmiotu, nie tylko historii sztuki, czy literatury. Można na nich uczyć również matematyki, fizyki i biologii i takie interdyscyplinarne programy też prowadzimy. Dodatkowo — bo tutaj mówię głównie o lekcjach muzealnych dla szkół, dla przedszkoli, z nauczycielami — tak samo to działa w edukacji z widzem indywidualnym, np. z rodziną. Każdy rodzic potwierdzi, że wyjście na zajęcia z dziećmi jest o wiele bardziej rozwijające niż nawet najambitniejsze próby na dywanie w salonie. Poza tym też buduje relacje, a edukacja jest w 100% oparta na relacji, tzn. jeżeli nie mamy relacji z osobą, która nas uczy, to ta osoba nas niczego nie nauczy.
Rośnie znaczenie edukacji w muzeach, podobnie jak znaczenie dostępności. Mówię to w kontekście minionego Festiwalu Kultury bez Barier. Jak muzeum się w niego włącza ?
– Od lat jesteśmy partnerem Festiwalu Kultury bez Barier. Co roku wszystkie nasze oddziały aktywnie w nim uczestniczą i co roku prezentują coś innego. Najczęściej są to działania warsztatowe. Na przykład w Muzeum Farmacji odbywają się w tym czasie warsztaty tworzenia perfum albo warsztaty zapachowe. To jest taki nasz stały hit Festiwalu Kultury bez Barier, bo zajęcia są bardzo sensoryczne i oparte na pracy manualnej. W Muzeum Drukarstwa zawsze są zajęcia z linorytu. A tutaj na Rynku skupiamy się na oprowadzaniach – w tym roku organizowane są dwa oprowadzania dla dorosłych i dla rodzin w spektrum autyzmu oraz pokazy filmowe w kinie Syrena. Co roku i na pewno w przyszłych latach będziemy częścią festiwalu.
Na koniec chciałabym zapytać: Muzeum Warszawy obchodzi w tym roku 90-lecie. Czego życzyłaby Pani tej instytucji na kolejne lata?
– Życzyłabym sobie i instytucji, żebyśmy dalej byli na drodze, na której jesteśmy, bo wydaje mi się, że przez ostatnie kilka lat udało nam się przejść bardzo ciekawą i fajną drogę. Tak jak wspomniałam na początku, my trochę gonimy inne instytucje, które miały znacznie więcej czasu na rozwijanie swojej działalności. Mamy też trochę trudniej z uwagi na fakt, że nasze warunki lokalowe — które są naszym wielkim atutem, bo zajmujemy 11 staromiejskich kamienic — też są pewnymi ograniczeniami. Nie mamy tak jak inne nowoczesne muzea wielkich sal warsztatowych, a wspomniana dostępność jest utrudniona — średniowieczną kamienicę o wiele trudniej wyposażyć chociażby w podjazdy albo windy. Ale wydaje mi się, że przez ostatnie parę lat udało nam się naprawdę w bardzo szybkim tempie gonić i dogonić, a w niektórych miejscach może nawet przegonić niektóre instytucje.
Chyba najbardziej życzyłabym sobie... bo pewnie nowego budynku to nie dostaniemy, zwłaszcza że nie ma go gdzie postawić tutaj na Rynku Starego Miasta (marzyłyby się takie podziemia jak pod piramidą w Luwrze!), ale chyba najbardziej by mi się marzyło jednak, żeby ten zespół, który tutaj pracuje — fantastycznych, pełnych pasji, wiedzy i ochoty do pracy ludzi — nie zmienił się i w dalszym ciągu pozostał w tej pasji. I myślę, że jeżeli to się stanie, to wszystko inne załatwimy własnymi rękami.
Aleksandra Kresowska jest historyczką sztuki, edukatorką muzealną i kierowniczką działu edukacji Muzeum Warszawy. Edukacją zajmowała się także w Muzeum Narodowym w Warszawie, a obecnie wykłada również na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych.
Fot. Zuzanna Dekowska

![[KONKURS] Zabierz swoją pociechę na premierę spektaklu w Scenie Metro](/uploads/artykuly/zdjecie/k_280x150/bc13d3d629246eb5e52ad0112cbdae27a9c1f360.jpeg)















![[KONKURS] Wygraj książkę idealną na jesienny wieczór](/uploads/artykuly/zdjecie/k_280x150/c13536e29f60644c2fa0baa123b916251e4867e8.jpeg)
![[ROZWIĄZANIE KONKURSU]Wygraj podwójne bilety na spektakl w Scenie Metro](/uploads/artykuly/zdjecie/k_280x150/c84ae900ee3fa5fa0e631cfda4189fa5aa3981b7.png)
![[KONKURS] Wygraj podwójne bilety na spektakl w Scenie Metro](/uploads/artykuly/zdjecie/k_280x150/e1cf24f42e020a5f093a9c4389a6b3081ab490c0.png)















