„Niewidomy też w pewien sposób widzi”. Rozmowa z Markiem Kalbarczykiem
Marek Kalbarczyk jest matematyko-informatykiem, autorem książek i działaczem na rzecz osób niewidomych. Jest założycielem firmy Altix oraz współzałożycielem Fundacji Szansa dla Niewidomych, działającej dziś jako Fundacja Szansa – Jesteśmy Razem. Jako informatyk współtworzył pierwszy polski syntezator mowy, opracowywał algorytmy jego działania oraz stworzył czytnik ekranu, który ułatwiał osobom niewidomym korzystanie z komputera. W rozmowie opowiada o życiu, utracie wzroku, Warszawie, technologii i książkach, które pomagają osobom widzącym lepiej zrozumieć świat niewidomych
Kamila Kwiecień: Gdyby miał Pan krótko przedstawić się osobie, która jeszcze Pana nie zna, kim Pan przede wszystkim jest: społecznikiem, informatykiem, pisarzem czy założycielem fundacji?
Marek Kalbarczyk: Nie wiem, kim jestem najbardziej. Myślę, że to zmienia się w czasie i zależy od tego, czym akurat się zajmuję. Kiedy gram na gitarze, czuję się muzykiem. Kiedy piszę książkę, jestem piszącym. Kiedy zajmowałem się oprogramowaniem, byłem informatykiem. Lubię zmienność i improwizację. Nie umiałbym codziennie robić jednej czynności, jednego zadania, jednej roli.
Jestem człowiekiem multitematycznym. Pewnie w żadnej dziedzinie nie jestem „na piątkę”, ale chyba tego nie żałuję. Wolę tę różnorodność niż jedną doskonałość. Jestem ambitny, ale jednocześnie wiem, że nie da się być najlepszym we wszystkim. Udało mi się stworzyć syntezę mowy i czytnik ekranu, choć nie uważałem się za wybitnego programistę. Pisałem książki, choć sam długo nie myślałem o sobie jako o pisarzu. Gram na gitarze, choć jestem muzykiem amatorem.
Bardzo lubię swoje życie. To ogromny prezent - mieć taką psychikę, że mimo trudności można powiedzieć: trafiło mi się fajne życie.
Czy pamięta Pan moment, w którym zrozumiał Pan, że chce działać także dla innych osób niewidomych?
Nie było jednego takiego momentu. Myślę, że miałem to w sobie od dziecka. To pewnie wyniosłem z domu. Tata był człowiekiem twardym, pracowitym, ze wsi. Mama pochodziła z rodziny powstańczej, zaangażowanej i patriotycznej. Z takiego domu chyba naturalnie wynosi się przekonanie, że jeśli można komuś pomóc, to się pomaga.
Od małego miałem w sobie coś społecznego. Nie musiałem podejmować decyzji, to było raczej naturalne. Później angażowałem się m.in. w ruch młodzieżowy Polskiego Związku Niewidomych. Ta działalność była dla mnie ważna i bardzo ciekawa.
Czy niewidzenie towarzyszy Panu od urodzenia?
Urodziłem się jako osoba niedowidząca. Moja mama była niedowidząca, podobną wadę mają też moi synowie i wnuczka, więc to idzie przez pokolenia. Do 13. roku życia byłem niedowidzący, później straciłem wzrok.
Było kilka zdarzeń i urazów, których może dałoby się uniknąć. Ja jako dziecko grałem w piłkę, biegałem, chodziłem na WF, zdarzały się uderzenia w oko. Ostatecznie straciłem wzrok jako nastolatek. Część tych doświadczeń opisałem w książce „Ich trzecie oko”. To nie jest autobiografia, ale jest w niej sens mojego życia.
Co najbardziej zmieniło się w Polsce w podejściu do osób niewidomych?
Bardzo ważny był przełom 1989 roku. Zmieniła się Polska, a razem z nią zmieniło się podejście do osób z niepełnosprawnościami. Wcześniej osoby niewidome traktowano bardziej zbiorowo. Był pewien schemat: szkoła specjalna, potem spółdzielnia niewidomych i określona ścieżka zawodowa. Po zmianach zaczęto patrzeć bardziej indywidualnie: co dana osoba potrafi, czego potrzebuje, w czym może się rozwijać. To otworzyło drogę do zwykłych liceów, studiów, nowych aktywności i zawodów.
Czy Warszawa jest miastem przyjaznym osobom niewidomym?
Warszawa robi dużo, ale zaległości są ogromne. Trzeba pamiętać, że świat jest zbudowany przede wszystkim dla osób widzących. W Warszawie są udźwiękowione przejścia, komunikaty w metrze, tramwajach, autobusach i pociągach. Są systemy kolejkowe w urzędach, które głosowo informują, do którego okienka należy podejść. Są makiety dotykowe, aplikacje nawigacyjne, coraz częściej pojawia się audiodeskrypcja w kulturze. To wszystko pomaga i za to należy się miastu uznanie.
Ale jednocześnie wiele sytuacji nadal jest trudnych. Proszę sobie wyobrazić galerię handlową: sklep za sklepem. Osoba niewidoma może mieć ogromny problem, żeby samodzielnie zrobić tam zakupy. To pokazuje, że dostępność to nie tylko kilka rozwiązań technicznych, ale cała organizacja przestrzeni.
Jakie technologie pomagają Panu w codziennym funkcjonowaniu?
Korzystam ze specjalnego stanowiska pracy. Mam monitor brajlowski, czyli urządzenie, które pozwala czytać w brajlu jedną linijkę tekstu z ekranu. Mam komputer mówiący, czyli oprogramowanie odczytujące informacje z ekranu. Są też urządzenia skanujące i rozpoznające druk, dzięki którym można przeczytać książkę czy dokument.
Mam również starsze urządzenia, na przykład Optacon. To sprzęt, który za pomocą kamerki i dotykowego ekraniku pozwalał odczytywać czarno-biały obraz przez wypukłe, wibrujące punkty. Jeśli na ekranie pojawiała się czarna linia, urządzenie odwzorowywało ją dotykowo. Można było w ten sposób rozpoznawać litery albo proste obrazy.
Z pomocą osób widzących bywa różnie?
Tak. Na pewno świadomość jest dziś większa niż kiedyś. Osoby niewidome są bardziej obecne w przestrzeni publicznej, więc ludzie częściej wiedzą, jak współpracować czy pomóc. Ale nadal zdarzają się sytuacje niezręczne. Niewidomi opowiadali na przykład, że pytali na przystanku, jaki tramwaj podjechał, a ktoś zamiast odpowiedzieć, próbował ich od razu wsadzić do pojazdu. Zdarza się też, że osoba niewidoma stoi przed przejściem bez świateł i czeka, a ludzie mijają ją obojętnie.
W konkursie dla naszych czytelników pojawią się Pana książki. Co chciałby Pan, żeby czytelnicy z nich wynieśli?
Chciałbym, żeby wynieśli dużo, bo to jest bardzo szeroki temat. Piszę przede wszystkim dla osób widzących. Nie chcę pouczać innych niewidomych, bo każdy ma własne doświadczenie. Ja wiem swoje, oni wiedzą swoje. Dlatego spotkania autorskie z osobami niewidomymi są trudniejsze - nie chciałbym mówić im, że wiem lepiej, jak wygląda ich życie.
Osobom widzącym próbuję pokazać, jak to jest nie widzieć, ale też jak można „widzieć”, kiedy się nie widzi. Uważam, że niewidomy w pewien sposób widzi. Widzi przez dźwięk, dotyk, wiedzę, pamięć, wyobraźnię, doświadczenie i przewidywanie. To jest właśnie „trzecie oko” - możliwość zamieniania tego, co wiemy, słyszymy i dotykamy, na pewien obraz wyobrażeniowy.
Czyli „trzecie oko” to nie tylko metafora?
To metafora, ale bardzo konkretna. Jeśli idę wzdłuż szumu samochodów, mogę założyć, że idę wzdłuż ulicy. Jeśli krawężnik prowadzi w określonym kierunku, mogę przewidywać, że dalej też będzie prowadził podobnie. To wiedza o świecie, doświadczenie, rozsądek, statystyka codzienności. Niewidomy człowiek stale składa rzeczywistość z innych sygnałów niż wzrok.
Chcę też pokazać, że nawet kiedy człowiek traci część możliwości, nadal bardzo dużo mu zostaje. Utrata wzroku, słuchu czy zdrowia nie musi oznaczać końca aktywnego życia. W moich książkach ważne są empatia, dobro, bycie razem i pomaganie innym.
Która z Pana książek jest Panu szczególnie bliska?
Na pewno „Ich trzecie oko”, zwłaszcza drugie wydanie. To książka bardziej literacka niż poradnikowa. Wcześniej pisałem książki, które łączyły opowiadania z poradami rehabilitacyjnymi. W „Ich trzecim oku” chciałem napisać coś bardziej beletrystycznego.
W drugim wydaniu uzupełniłem też wiersze. Nie mówię, że jestem poetą, ale jestem z nich dumny. Są prawdziwymi wierszami. Część z nich dotyczy stopniowego słabnięcia wzroku, pożegnania z obrazem, światłem i cieniami.
Wśród Pana publikacji jest także „Smak na koniuszkach palców”. O czym opowiada ta książka?
To jest książka o Mazowszu, jego historii, kulturze, zabytkach i kuchni. Powstała z udziałem Piotra Adamczewskiego, który przygotował przepisy. Ale ważna była jeszcze jedna warstwa: chciałem opisać, jak osoba niewidoma może wykonywać konkretne czynności w kuchni. Jak obrać jabłko, jak oddzielić białko od żółtka, jak przygotować kotlet. Nie chodziło o sam przepis, ale o procedurę wykonaną bez wzroku.
Pamiętam, że w telewizji powiedziano kiedyś, że to pierwsza książka kulinarna dla niewidomych. Zaprzeczyłem, bo książki kulinarne w brajlu oczywiście już były. Ale ona była pierwsza w innym sensie - próbowała tłumaczyć, jak wykonać konkretne czynności kuchenne, kiedy się nie widzi.
Jaką jedną myśl chciałby Pan zostawić czytelnikom po tej rozmowie?
Bez przekazywania dobra innym ludziom życie człowieka nie ma sensu. Jesteśmy tutaj po to, żeby dobrze spisać się wobec innych. Egoizm może dawać bieżącą przyjemność, ale na końcu chyba ważniejsze będzie to, czy komuś pomogliśmy, czy byliśmy potrzebni, czy zrobiliśmy coś dobrego.
Kiedy człowiek dociera do momentu, w którym już niewiele może zrobić dla siebie i innych, nie będzie chyba najważniejsze to, gdzie był, jak się bawił, co zobaczył albo ile miał przyjemności. Ważniejsze będzie to, czy może pomyśleć: byłem komuś potrzebny, komuś pomogłem, coś po sobie zostawiłem. To jest dla mnie najważniejsze.
fot. archiwum prywatne - Marek Kalbarczyk




![[ROZWIĄZANIE KONKURSU] Wygraj potrójną wejściówkę na musical dla dzieci w Teatrze Capitol](/uploads/artykuly/zdjecie/k_280x150/6fbdbda911df015cdf87585b400c628b76689d41.jpeg)




















![[KONKURS] Wygraj podwójną wejściówkę na spektakl "Prezent urodzinowy" w Teatrze Capitol](/uploads/artykuly/zdjecie/k_280x150/585df0af44bffb22aae51a34e38b06833f9c07af.jpeg)
![[ROZWIĄZANIE KONKURSU] Wygraj podwójną wejściówkę na spektakl „Kochane pieniążki” w Teatrze Capitol](/uploads/artykuly/zdjecie/k_280x150/2a39373cb2c9a0eb5a4022a4871d61f2d13f6d99.jpeg)















