mobile

Plac Grzybowski – znalazłam to, czego szukałam

W naszym piątkowym cyklu kolejny tekst z blogu Warszawianka Flancowana.

Zofia Zabrzeska
Plac Grzybowski – znalazłam to, czego szukałam

Nie jest tajemnicą, że po Warszawie bardziej biega się niż chodzi. Miejski pęd życia może poczuć każdy, kto przyjeżdża tu pociągiem, a kiedy z niego wychodzi może odnieść wrażenie, że peron pełni funkcję bieżni. Tutaj biega się nawet po ruchomych schodach, a dokładnie po ich lewej stronie – zawsze dostępnej dla tych szybszych, bardziej spóźnionych i niecierpliwych. Prędkość z jaką porusza się przeciętny mieszkaniec Warszawy można przyrównać do truchtu, od którego zwykle zaczyna się poranny trening. Zasadniczo biega się wszędzie, z celem i bez celu. Wygląda to tak: najpierw przyspieszasz kroku w pogoni za tramwajem i autobusem, później wyprzedzasz przechodniów w nadziei, że uda Ci się przejść na pasach na wciąż jeszcze zielonym świetle. Nagle biegasz w tę i we w tę, niezależnie od potrzeby i jakby w oderwaniu od tego, że przecież jest sobota i Ty nigdzie się nie spieszysz…Dokładnie pamiętam,  kiedy kupiłam swoje pierwsze buty do biegania. Pomyślałam wtedy, że to dobry sposób na wiosenny rozruch, jednak tak naprawdę inspiracją było miasto. Mnie flancowanej, przyjezdnej przyszło do głowy połączyć przyjemne z pożytecznym i zwiedzać w ten sposób Warszawę. Zwiedzać aktywnie, czyli zgodnie z rytmem i tempem mojego miasta.

Kilka dni temu wybiegłam z domu i pobiegłam przez Park Mirowski, prosto na mój ulubiony warszawski Plac – Plac Grzybowski. Chciałam odnaleźć długo poszukiwaną przeze mnie jedyną czynną warszawską Synagogę, która przetrwała II wojnę światową. Biegałam długo, niestety Synagogi im. Zalmana i Rywki Małżonków Nożyków, o której wiele słyszałam, nie udało mi się znaleźć… Przebiegając wzdłuż ulicy Twardej, dobiegłam do centralnej części Placu. Znajduje się tam fontanna, która swoją kaskadową konstrukcją przypomina wodospad wpadający do miejskiego jeziora. Nie da się ukryć, że jest to czytelne nawiązanie do nazwy ulicy Bagno, wytyczonej w tym miejscu w XVIII wieku na terenie po osuszonych mokradłach. Interesujące zestawienie betonu z elementami drewna tworzy tutaj unikalny klimat. Wczesną wiosną i latem tafla tego oczka wodnego daje namiastkę wakacyjnej atmosfery dostępnej dla wszystkich na wyciągnięcie ręki. Zwłaszcza dla rodzin z dziećmi, mieszkających przy pobliskim osiedlu za Żelazną Bramą.

Dwa dni później wróciłam tutaj znowu, bo lubię tutaj wracać. Śniadanie ze znajomym, spotkanym przypadkiem na ulicy Grzybowskiej było idealnym pretekstem, żeby na nowo móc – w tej nietypowej jak na dzień pracy, powolnej atmosferze poranka – nacieszyć się pięknem tego miejsca.

Kiedyś pięć metrów stąd była kawiarnia z najlepszymi w całej Polsce rurkami z obłędnym nadzieniem kremowo-kajmakowym. Kawiarnię niestety zlikwidowano, a w miejscu kolorowego szyldu napisano: tu niedługo pojawi się „Kawiarnia dla Bezdomnych”… Pamiętam, że kiedy przeczytałam tę informację sama poczułam się jak Bezdomna w Wielkim Mieście i wróciłam do domu ze łzami w oczach. Szczęściem rok później otwarto obok filię lubianej przez wielu restauracji w stylu francuskim, której matecznik znajduje się na Placu Zbawiciela. Tutaj nabrała cech typowych dla miejsca – już sama nazwa Charlotte Menora określa jej charakter. Tak! Ten Plac jest bez wątpienia miejscem spotkania tradycji i kultur. Trudno znaleźć w Warszawie jakiekolwiek inne, które w równym stopniu co Grzybowski kompiluje tę wielość przejawiającą  się także w rozmaitych stylach architektonicznych. Tutaj kultura chrześcijańska spotyka się z tradycją żydowską, a to co stare z tym co nowe, tworząc ciekawą geometrię architektoniczną. Pijąc włoskie cappuccino i jedząc dania nawiązujące do najlepszych tradycji kulinarnych polsko -żydowskiej kuchni, patrzę na widoczny przez szybę Kościół Wszystkich Świętych. Jest piękny i nie da się ukryć, że dominuje nad całym Placem. Świątynię zaprojektował Henryk Marconi, a podczas wojny ksiądz Marceli Godlewski ukrywał tutaj Żydów.

Kiedy kończymy śniadanie, zostaję jeszcze chwilę i myślę sobie, jak to dobrze, że są w tym mieście takie miejsca, w których właściwie wszystko zachwyca. Wychodzę i spotykam kominiarza, który jest zapowiedzią tego, co wydarzy się za chwilę… Potem przechodzę przez drewniany most ustawiony na wodzie i widzę kolorowy akcent – ten kto szuka tęczy, może ją odnaleźć tutaj z powodzeniem w każdym promieniu słońca odbijającym się od połyskujących kropel tryskającej fontanny. Idę przed siebie trasą, którą podpowiedziała mi znajoma, mijam budynek, w którym mam nadzieję już zawsze będzie znajdował się Teatr Żydowski, i idę dalej. Właśnie tutaj, na tyłach ulicy Twardej, pod numerem 6 odkrywam to czego szukałam – okazały budynek Synagogi. Niestety nie mogę wejść do środka, ale cieszę się, że mogę na własne oczy zobaczyć piękne mury przedwojennej Warszawy. Takich miejsc jest tu mało, a te które ocalały, jak się okazuje czasem niełatwo odnaleźć. Na pewno warto próbować. Trzeba jednak pamiętać o tym, że lepiej szukać powoli, biegnąc można wiele rzeczy przeoczyć…

Fot. Zofia Zabrzeska

KOMENTARZE

aktualności

więcej z działu aktualności

sport

więcej z działu sport

kultura i rozrywka

więcej z działu kultura i rozrywka

Drogi i Komunikacja

więcej z działu Drogi i Komunikacja

KONKURSY

więcej z działu KONKURSY

Sponsorowane

więcej z działu Sponsorowane

kulinaria

więcej z działu kulinaria

Zdrowie i Uroda

więcej z działu Zdrowie i Uroda